XII
26
2011
Karpiowe podsumowanie roku #1
Karpiowe podsumowanie roku #1

Rok 2011 ma się już ku koń­cowi i powoli roz­po­czyna się sezon pod­su­mo­wań. Pośród zesta­wień gospo­dar­czych i list prze­bo­jów musi się zna­leźć także miej­sce na Kar­piowe pod­su­mo­wa­nie roku, w któ­rym typu­jemy trzy naj­waż­niej­sze wyda­rze­nia zwią­zane z lite­rac­kim hor­ro­rem, thril­le­rem i kryminałem.

W pierw­szej kolej­no­ści zapra­szamy Was do lek­tury gło­sów naszych redak­to­rów: Agnieszki Bro­dzik, Michała Budaka, Mar­cina Bukal­skiego, Pawła Matei, Rafała Siciń­skiego oraz Pawła Szcze­pa­nika. Już nie­długo rok 2011 na naszych łamach pod­su­mują zaprzy­jaź­nieni pisa­rze i publicyści.

Agnieszka Bro­dzik

Repli­kowy szturm na grozę

Wydaw­nic­two Replika jest już od dłuż­szego czasu obecne na pol­skim rynku wydaw­ni­czym, ale wła­śnie w tym roku przy­pu­ściło szturm na hor­ror. Dwie anto­lo­gie z opo­wia­da­niami pol­skich i zagra­nicz­nych auto­rów, powrót do wyda­wa­nia Ram­seya Camp­bella, wpro­wa­dze­nie na rynek Edwarda Lee, zbiór opo­wia­dań Ket­chuma, a na począ­tek przy­szłego roku kolejna powieść tegoż i – co szcze­gól­nie mnie cie­szy – książka zupeł­nej świe­żynki, czyli Billa Hus­seya, któ­rego dobrze przy­jęty debiut „Thro­ugh a Glass, Dar­kly” recen­zo­wa­li­śmy na naszych łamach. Było suto i mam nadzieję, że na następny rok wydaw­nic­two szy­kuje nam kolejne smakołyki!

Anto­lo­gia „Jest legendą”

Bar­dziej jako wyda­rze­nie wydaw­ni­cze niż książka sama w sobie. To pierw­sza pre­miera SQNa w naszym kli­ma­cie, zwia­stu­jąca kolejne, a po dru­gie – tu odro­bina per­fid­nej pry­waty – moje pierw­sze pro­fe­sjo­nalne tłu­ma­cze­nie, doko­nane wspól­nie z Bart­kiem Czar­to­ry­skim. Powie­dzia­ła­bym, że mam nadzieję na kolejne cie­kawe pre­miery od SQN, ale z dobrze poin­for­mo­wa­nych źródeł wiem, że to fakt, więc pozo­staje mi tylko trzy­mać kciuki. Nigdy za mało entu­zja­stów hor­roru wśród wydawców!

Łukasz Orbi­tow­ski sty­pen­dy­stą Mini­stra Kultury

O tym, że uwa­żam Łuka­sza Orbi­tow­skiego za naj­lep­szego rodzi­mego pisa­rza grozy, wie chyba każdy, kto śledzi moje recen­zje czy wypo­wie­dzi na forum Gotham Cafe, albo po pro­stu kie­dy­kol­wiek roz­ma­wiał ze mną na temat pol­skiego hor­roru, bo powta­rzam to na każ­dym kroku. Dla­tego cho­ciaż Łukasz nie wydał w tym roku żadnej książki, w moim pod­su­mo­wa­niu i tak się zna­lazł, a to za sprawą bar­dzo rado­snego wyda­rze­nia, jakim było przy­zna­nie mu sty­pen­dium Mini­stra Kul­tury. Oso­bi­sty suk­ces Łuka­sza to rów­nież świetna wia­do­mość dla wszyst­kich miło­śni­ków inte­li­gent­nej grozy – oto nasz pisarz został doce­niony przez mainstream.

 

Naj­bar­dziej wycze­ki­wane wyda­rze­nie roku 2012: pre­miera „Nico­ści” Billa Husseya

Gdy zoba­czy­łam „Nicość” wśród zapo­wie­dzi Repliki, pomy­śla­łam sobie „wow, odważny ruch”. Wpro­wa­dze­nie zupeł­nie nie­zna­nego autora na nasz i tak dość pro­ble­ma­tyczny rynek jest ryzy­kowne, ale też godne pochwały – ileż razy można wzna­wiać Master­tona albo odko­py­wać kolej­nego kla­syka hor­roru? Bill Hus­sey nie tylko dla nas jest nowym nazwi­skiem – dotych­czas uka­zały się zale­d­wie dwie jego książki, obie bar­dzo dobrze przy­jęte zarówno przez kry­ty­ków, jak i czy­tel­ni­ków.  Porów­nuje się go do Ram­seya Camp­bella, a jeden z recen­zen­tów nazwał pisa­rza „nowym M. R. Jame­sem”, co nie­ko­niecz­nie napawa mnie opty­mi­zmem – bo entu­zjastką kla­syki hor­roru nie jestem  – ale poka­zuje, jakie wiel­kie wra­że­nie lek­tura „Nico­ści” wywarła na autora tych słów i mam nadzieję, że i mi przyj­dzie recen­zo­wać ją w podob­nym tonie. 

Michał Budak

Rok Gra­biń­skiego

Nie był­bym sobą, gdy­bym na pierw­sze miej­sce wśród wyda­rzeń roku 2011 nie wyty­po­wał rosną­cej popu­lar­no­ści Ste­fana Gra­biń­skiego. W ciągu tych dwu­na­stu mie­sięcy byli­śmy świad­kami praw­dzi­wego roz­kwitu jego twór­czo­ści – wydaw­nic­two Kabort wydało Demony per­wer­sji, gdzie mogli­śmy prze­czy­tać mało znane opo­wia­da­nia pol­skiego Poe’a,  Zysk i S-ka ura­czył nas wzno­wie­niem kano­nicz­nych tek­stów naszego kla­syka, a kra­kow­ska Agharta poza Tra­ge­dią na wieży rzu­ciła praw­dziwą bombę – Klasz­tor i morze, który do nie­dawna był bia­łym kru­kiem „scho­dzą­cym” po kosmicz­nych cenach na aukcjach inter­ne­to­wych. Zwień­cze­niem tego uro­dzaju była inau­gu­ra­cja „Roku Gra­biń­skiego” — cyklu imprez poświę­co­nym pisa­rzowi, nad któ­rym Carpe Noc­tem objęło patro­nat medialny.  Ranga wszyst­kich tych wyda­rzeń została jesz­cze pod­kre­ślona fak­tem, że 12 listo­pada 2011 obcho­dził Gra­biń­ski swo­isty jubi­le­usz – 75. rocz­nicę śmierci. Wszystko to spra­wiło, że Gra­biń­ski zaczął z coraz więk­szą kon­se­kwen­cją prze­bi­jać się do świa­do­mo­ści czy­tel­ni­ków i wiele wska­zuje na to, że na tym nie poprze­sta­nie. Gra­biń­ski koja­rzy się przede wszyst­kim z koleją, więc tym sko­ja­rze­niem zakoń­czę tę notatkę: mam nadzieję, że pociąg jego popu­lar­no­ści będzie zabie­rał ze sobą coraz wię­cej pasa­że­rów, a jego wędrówkę będzie można skwi­to­wać sło­wami pio­senki: „ruszyła maszyna, już nikt nie zatrzyma, kto wej­dzie pod koła, ten uciec nie zdoła”.

Jo Nesbo

Jo Nesbo na pol­skim rynku obecny jest już od kilku dobrych lat, jed­nak dopiero w 2011 mia­łem oka­zję się z nim zapo­znać. I co? I była to miłość od pierw­szego wej­rze­nia, a raczej od „Pierw­szego śniegu”. Intryga tej powie­ści jest wie­lo­po­zio­mowa i skom­pli­ko­wana, a spo­sób, w jaki autor ją pro­wa­dzi, jest praw­dzi­wym maj­stersz­ty­kiem – zwo­dzi on czy­tel­nika nie tylko fał­szy­wymi tro­pami, ale też samą nar­ra­cją: a to wspo­mni niby mimo­cho­dem za dużo o danej postaci, a to a to inną z kolei zary­suje w taki spo­sób, że od razu czuć, że ma ona coś za uszami. Nesbo potrafi zro­bić taką wodę z mózgu, że nie­wiele bra­ko­wało, bym zaczął podej­rze­wać samego głów­nego boha­tera. Potem przy­szła pora na „Czer­wone gar­dło”, gdzie Nesbo pro­wa­dził histo­rię z bez­czelną wręcz pew­no­ścią sie­bie – opi­sy­wał wprost dzia­ła­nia mor­dercy, pozwa­lał na śledze­nie nie­mal każ­dego jego ruchu, by potem ostat­nim twi­stem wywró­cić całą fabułę do góry nogami i zbu­rzyć moją kon­cep­cję, kto jest zabójcą. Nie­mal widzia­łem, jak Nesbo stoi obok mnie i z pro­tek­cjo­nal­nie kle­pie mnie po ple­cach, mówiąc: „może uda się następ­nym razem”. Tym ‘następ­nym razem’ były „Kara­lu­chy”, o któ­rych nie chcę się roz­pi­sy­wać: po pierw­sze dla­tego, że powieść do tej pory budzi we mnie – zgod­nie z zamie­rze­niem autora – odrazę, a po dru­gie dla­tego, że Nesbo znów wywiódł mnie w pole z taką łatwo­ścią, że aż wstyd o tym pisać. I wresz­cie nade­szła kolej na „Łowców głów”, któ­rymi nor­we­ski pisarz udo­wod­nił, że potrafi pleść nie tylko nie­zwy­kłe intrygi, ale też dosko­nale czuje się w roli… paro­dy­sty, ponie­waż uczy­nił z tej powie­ści prze­pyszny, prze­śmiew­czy pastisz kry­mi­na­łów spod znaku Cobena czy Abbotta. Kon­wen­cja „zabili go i uciekł” jesz­cze nigdy nie miała w sobie tyle klasy, ile w wyko­na­niu Nesbo. Umiesz­cze­nie nor­we­skiego pisa­rza na liście wyda­rzeń roku 2011 może mu jed­nak uwła­czać. Po pierw­sze dla­tego, że to nie wyda­rze­nie, a obja­wie­nie, a po dru­gie nie roku, ale co naj­mniej dekady. Bez fał­szy­wej prze­sady mogę stwier­dzić, że jest on naj­lep­szym auto­rem kry­mi­na­łów, któ­rego mia­łem przy­jem­ność czytać.

Nowa odsłona Carpe Noctem

Nasze „Top 3” jest ran­kin­giem czy­sto subiek­tyw­nym, więc na szczę­ście mogę bez opo­rów wska­zać na trze­cim miej­scu nową wer­sję naszego ser­wisu, mimo że jej otwar­cie nie prze­bie­gu­no­wało Ziemi, nie zmie­niło bie­gów rzek ani nawet nie zna­la­zło się na pierw­szych stro­nach gazet. Było to jed­nak dla mnie – i jestem pewien, że dla reszty redak­cji rów­nież — bar­dzo ważne wyda­rze­nie, ponie­waż dało ogrom­nego kopa i ener­gię do pracy nad ser­wi­sem. I w tym momen­cie, o iro­nio, zabra­kło mi weny ;-) Bez zbęd­nego prze­dłu­ża­nia więc, wła­śnie wspo­mnie­niem naszego re-otwarcia zakoń­czę pod­su­mo­wa­nie roku 2011 i przejdę do tego, jak wyobra­żam sobie nad­cho­dzący rok 2012.

Naj­waż­niej­sze wyda­rze­nie nad­cho­dzą­cego roku:

Jako że nie jestem zwo­len­ni­kiem defi­ni­tyw­nego dzie­le­nia na „stare” i „nowe”, nad­cho­dzący rok jawi mi się przede wszyst­kim jako prze­dłu­że­nie tego, co naj­waż­niej­sze było dla mnie w 2011. Mam więc  nadzieję, że o Gra­biń­skim nadal będzie gło­śno. Naj­więk­sza odpo­wie­dzial­ność za to spo­czy­wać będzie na bar­kach orga­ni­za­to­rów „Roku Gra­biń­skiego”, któ­rzy szy­kują dla nas masę atrak­cji, w któ­rych orga­ni­za­cji będziemy poma­gać. Na 2012 zapla­no­wane też są inte­re­su­jące wyda­rze­nia zwią­zane z Jo Nesbo – nakła­dem Wydaw­nic­twa Dol­no­ślą­skiego ukaże się jego naj­now­sza powieść „Upiory”, a dosko­nały reży­ser Mar­tin Scor­sese już w tym wła­śnie roku może roz­po­cząć prace nad ekra­ni­za­cją „Pierw­szego śniegu”. I wresz­cie liczę też na to, że Carpe Noc­tem będzie się roz­wi­jało i sta­wało coraz pręż­niej­szą i cie­kaw­szą ini­cja­tywą. A ja może tro­chę schudnę. 

Mar­cin Bukalski

Łukasz Drob­nik „Noc­tu­rine. Cun­nin­gha­mella

Dwie mini­po­wie­ści Drob­nika zna­la­zły się na miej­scu pierw­szym z pro­stego powodu – zapeł­niły mój nie­do­syt prozy dziw­nej, wkra­da­ją­cej się głę­boko w tkankę pod­świa­do­mo­ści. Lite­ra­tura to trudna i bez­kom­pro­mi­sowa wobec czy­tel­nika. Wyma­ga­jąca obe­zna­nia nie tylko w dzie­dzi­nie lite­ra­tury, ale prak­tycz­nie w całej popkul­tu­rze, swo­bod­nie igra­jąca z odwo­ła­niami i moty­wami. Odważna, bar­dzo pla­styczna proza. Jeśli P.K. Dick prze­czy­tałby książkę Drob­nika, byłby dumny.

Jakub Kijuc – Wydaw­nic­two Czarna Materia

Jakub Kijuc na rodzi­mym rynku komik­so­wym doko­nał rze­czy nie­by­wa­łej – nie tylko powo­łał do życia wła­sne wydaw­nic­two, ale poka­zał też, że zapo­mniana i niszowa forma komiksu zeszy­to­wego nadal cie­szy się spora popu­lar­no­ścią. Co cie­kawe, Kijuc nie poszedł na łatwi­znę i nie stwo­rzył komiksu, który z zało­że­nia ma się sprze­dać. „Kon­strukt” to komik­sowa, post­mo­der­ni­styczna awan­garda w naj­lep­szym tego słowa zna­cze­niu. Co naj­waż­niej­sze jed­nak, Czarna mate­ria udo­wod­niła, że nawet na takim nie­du­żym rynku jak rodzimy jest miej­sce na wiele róż­nych, nawet eks­pe­ry­men­tal­nych tworów.

Wzra­sta­jąca popu­lar­ność bizarro fic­tion w Polsce

Bizarro fic­tion swoje wyso­kie miej­sce zawdzię­cza mojemu upodo­ba­niu do wsze­la­kich lite­rac­kich eks­pe­ry­men­tów i nowi­nek. Jak na razie, lite­ra­tura ta nie do końca mnie „kupiła”– ani Pol­ska, ani ta z zachodu. To jesz­cze takie gatun­kowe powi­jaki, ale mimo wszystko sam fakt zaist­nie­nia tej formy na rodzi­mym (nadal dość kon­ser­wa­tyw­nym) rynku jest zaska­ku­jąca, i jeśli nie będzie tylko i wyłącz­nie prze­mi­ja­jąca modą, może stać  się jed­nym z cie­kaw­szych tren­dów ostat­nich lat.

Gdy pró­buję pod­su­mo­wać rok 2011, pierw­szą rze­czą, jaka przy­cho­dzi mi do głowy jest moja obec­ność na Carpe Noc­tem – jesz­cze kilka mie­sięcy temu, sły­sząc taka prze­po­wied­nie pobłaż­li­wie dla wiesz­cza, popu­kał­bym się w czoło i poszedł dalej. Los oka­zał się jed­nak łaskawy i prze­wrotny, jak to ma w zwy­czaju i oto jestem. Dzięki dla Agnieszki i reszty redakcji.

Z publi­ka­cji książ­ko­wych nic nie powa­liło mnie na kolana. Było sporo bar­dzo dobrych pozy­cji od wydaw­nic­twa Forma: „Noc­tu­rine. Cun­nin­gha­mella” Łuka­sza Drob­nika, „Osiem” Krzysz­tofa Macie­jew­skiego czy druga część anto­lo­gii City. Cie­szy fakt, że to wszystko mło­dzi pol­scy auto­rzy, któ­rzy pre­zen­tują cał­kiem wysoki poziom lite­rac­kiego rze­mio­sła. Innym wydaw­nic­twem, które w koń­czą­cym się już roku dawało nam nie­małe powody do rado­ści jest Replika – cho­ciażby za „Suk­kuba” Lee (swoją drogą cie­kawa powieść, ale nie w moich kli­ma­tach) czy „Zły wpływ” Cam­bella, który to w końcu prze­staje być trak­to­wany na naszym rynku wydaw­ni­czym po maco­szemu. W obsza­rze komiksu, naj­więk­sze wra­że­nie zro­bił na mnie Jakub Kijuc – czło­wiek, który stwo­rzył wła­sne wydaw­nic­two dla niszo­wego, ale ambit­nego pro­jektu. Nie było w tym nic dziw­nego, gdyby nie fakt, że Kiju­cowi udało się zaist­nieć w dość sze­ro­kim gro­nie odbiorców.

Nie spo­sób nie wspo­mnieć o wręcz maso­wej fali wzno­wień Gra­biń­skiego; można by powie­dzieć, że w końcu, po wielu nie­uda­nych pró­bach się udało. Razem z naszym „pol­skim Poe” wypły­nęło kilka cie­ka­wych wydań prozy innych kla­sy­ków grozy: Hodg­sona, Mey­rinka czy Ewersa. Sytu­acja to zna­cząca; zwłasz­cza, że więk­szość z tych tek­stów była dotych­czas zupeł­nie nie­do­stępna dla prze­cięt­nego czytelnika.

Oso­bi­ście intry­gu­ją­cym dla mnie zja­wi­skiem jest wzrost zain­te­re­so­wa­nia pol­skich twór­ców i fanów bizarro fic­tion – gatun­kiem, który dopiero ma szanse wypły­nąć na szer­sze wody. Docze­ka­li­śmy się nawet zbioru opo­wia­dań „Bizarro dla począt­ku­ją­cych” a także utwo­rów roz­rzu­co­nych po anto­lo­giach, pra­sie i inter­ne­cie. Cie­kawe, jak będzie wyglą­dała dalej eks­pan­sja tego gatunku…

Na tym wypa­dało by zakoń­czyć wywody o roku 2011. Było w nim sporo dobrych publi­ka­cji, cie­ka­wych tren­dów wydaw­ni­czych – nic jed­nak nie rzu­ciło mnie na kolana. Ot, kolejny solidny rok bez więk­szych eks­ce­sów. Zabra­kło tro­chę publi­ka­cji tylko ocie­ra­ją­cych się o grozę, tych z gatunku trud­nych do zaszu­flad­ko­wa­nia. Pozo­staje mieć nadzieję, że przy­szły nie będzie gor­szy. W dal­szym ciągu przy­dało by się kilka nowych tłu­ma­czeń czy wzno­wień – tego nigdy nie za wiele. Jak będzie w rze­czy­wi­sto­ści? O tym się już nie­długo prze­ko­namy na wła­snej skórze. 

Paweł Mateja

Ste­fan Grabiński

Nikogo chyba nie zasko­czę tym wybo­rem: Ste­fan Gra­biń­ski — choć od ponad stu lat jego twór­czość elek­try­zuje fanów opo­wie­ści nie­sa­mo­wi­tych, ostatni czas przy­niósł mnó­stwo cie­ka­wych wyda­rzeń i publi­ka­cji z nim zwią­za­nych: zbio­rze opo­wie­ści nie­sa­mo­wi­tych “Demony per­wer­sji” wydaw­nic­twa Kabort, w “Tra­ge­dii na wieży” oraz legen­dar­nej, ale nie­zwy­kle do nie­dawna trud­nej do zdo­by­cia powie­ści “Klasz­tor i morze” wzno­wio­nej przez Aghartę, wresz­cie “Demon ruchu i inne opo­wia­da­nia” Zysku — publi­ka­cji zna­ko­mi­tej zwłasz­cza dla czy­tel­ni­ków jesz­cze pisa­rze nie zna­ją­cych. Wresz­cie ogło­sze­nie roku 2012 rokiem Gra­biń­skiego (czego inau­gu­ra­cja odbyła się nie­dawno) to wszystko zbie­gło się w tym roku i tak naprawdę nie wiem, co mogłoby prze­bić podobny zestaw. Nie liczę na to, że twór­czość „pol­skiego Poego” prze­żyje inten­sywny rene­sans, ale na pewno będzie inspi­ro­wać i żyć w naszych gło­wach i na papie­rze jesz­cze przez kolejne lata.

Publi­ka­cje Repliki

Tego­roczne publi­ka­cje wydaw­nic­twa Replika same w sobie mogłyby zdo­mi­no­wać całe zesta­wie­nie. Zbiór opo­wia­dań Ket­chuma, „Suk­kub” Edwarda Lee czy „Zły wpływ” Camp­bella. Jako wisienka na tor­cie dwie anto­lo­gie hor­roru – a to prze­cież tylko naj­lep­sze pozy­cje, jakimi nas ura­czyli. Trudno nie doce­nić tego, jaki wkład wnio­sło to wydaw­nic­two do tego­rocz­nego zesta­wie­nia naj­lep­szych lek­tur grozy! 

Wil­liam Hope Hodgson

W końcu docze­ka­li­śmy się wyda­nia w Pol­sce opo­wia­dań o łowcy duchów – Car­nac­kim – Hodg­sona. Wia­do­mość ta pew­nie eks­cy­tuje tylko garstkę fanów grozy – ale nie­słusz­nie. Oto wydaw­nic­two C&T kon­ty­nu­ując swoją poli­tykę corocz­nego dostar­cza­nia nam prozy kolej­nych mało zna­nych w Pol­sce, ale legen­dar­nych twór­ców opo­wie­ści nie­sa­mo­wi­tych sprzed lat, posta­wiła tym razem na ogrom­nie mocną markę. Pisa­rza, któ­rego sam H. P. Love­craft ogrom­nie doce­niał, który w swo­ich ghost-story jed­no­cze­śnie nawią­zy­wał do tra­dy­cji roman­sów gotyc­kich i hor­roru kosmicz­nego, któ­rego jako­ści do tej pory nie­wielu pisa­rzy potrafi dorównać.

Rok 2011 był zna­ko­mi­tym cza­sem dla hor­roru. W powyż­szych punk­tach upa­ko­wa­łem infor­ma­cje w spo­sób nader ogólny, a więc i pojemny — a mimo wszystko i trzy­kroć tyle miejsc mogłoby nie wystar­czyć. Należy prze­cież doce­nić też publi­ka­cje wydaw­nic­twa SQN, Fu Kang, „Master­ton. Twa­rzą w twarz z pisa­rzem” Master­tona, Pocz­tarka i Cichow­lasa wydaną przez Alba­trosa (dzię­kuję Mariu­szowi Jusz­czy­kowi za poprawkę!), wspo­mnieć o Ram­seyu Camp­bellu, który gościł na tego­rocz­nych Dniach Fan­ta­styki, o nowej i zna­ko­mi­tej powie­ści Dawida Kaina, wresz­cie o tym, że Carpe Noc­tem prze­szło reno­wa­cję, w któ­rej suk­ces mało kto już chyba wie­rzył, ale która spra­wiła, że nasza ciężka praca, choć nadal jest rów­nie ciężka, to przy­naj­mniej odbywa się w o wiele dogod­niej­szych warunkach.

Cie­szy mnie też ogrom­nie to, że wydaw­nic­two Papie­rowy Księ­życ wzno­wiło „Dziew­czynę z sąsiedz­twa” autor­stwa Jacka Ket­chuma– i wresz­cie, że autora tego pode­brała im Replika. Bowiem oka­zuje się, że hor­ror, któ­rego auto­rem nie jest Ste­phen King ani Gra­ham Master­ton, może się dobrze sprzedawać.

I co naj­waż­niej­sze, zbli­ża­jący się nowy rok będzie praw­do­po­dob­nie jesz­cze bar­dziej urodzajny!

Rok Gra­biń­skiego będzie pełen atrak­cji, na które już cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią, zapo­wie­dziane są kolejne powie­ści Ket­chuma i Lee, ale liczę na to, że na nasz rynek wpad­nie kilka nowych nazwisk. Pra­gnę już dostać w swoje ręce długo wycze­ki­wane „Wichro­wate linie” Gra­biń­skiego, a na myśl o nazwi­skach zapo­wie­dzia­nych przez C&T aż dostaję dresz­czy (opo­wia­da­nia Stoc­kera, Onionsa, Cham­bersa!). Nie­długo przyj­dzie nam też pew­nie cze­kać na pierw­szy numer bran­żo­wego pisma „Coś na progu”, które kon­ty­nu­ować będzie misję Lśnie­nia. Na Polco­nie zja­wić ma się mistrz maka­bry i per­wer­sji – Edward Lee. Mam nadzieję, że będziemy mieli też spo­sob­ność prze­czy­tać w końcu jakieś bizarro z importu i porów­nać z pro­duk­tem krajowym.

Wresz­cie mam nadzieję, że Carpe Noc­tem — infor­mu­jąc o tym wszyst­kim i czyn­nie bio­rąc udział w życiu roz­wi­ja­ją­cej się w Pol­sce “kul­tury grozy”, sprawi, że jesz­cze nie raz zjeżą Wam się włosy ze stra­chu — oczy­wi­ście literackiego!

Rafał Siciń­ski

Trzy naj­waż­niej­sze wyda­rze­nia mija­ją­cego roku zwią­zane z grozą?

Na pewno nume­rem jeden była wizyta Ramsey’a Camp­bella na tego­rocz­nych Dniach Fan­ta­styki we Wro­cła­wiu. Dla mnie Camp­bell jest czło­wie­kiem, który lite­racki hor­ror wycią­gnął z graj­doła tanich maka­brycz­nych histo­ry­jek. I nie cho­dzi mi tylko o jego pisar­stwo, ale także pracę redak­tor­ską i publi­cy­stykę. Jeżeli można mówić, że na hor­ror w Euro­pie patrzy się w tej chwili bez głu­pa­wego uśmieszku, dys­ku­tuje  się o nim poważ­nie, to z pew­no­ścią olbrzy­mią część zasług należy przy­pi­sać wła­śnie Camp­bel­lowi. Fan­ta­stycz­nym jest, że ten feno­me­nalny pisarz, jeden z naj­więk­szych popu­la­ry­za­to­rów tego gatunku, zna­lazł czas i przy­je­chał na śred­niej wiel­ko­ści kon­went, do kraju, gdzie wydano zale­d­wie dwie jego powie­ści i garstkę opowiadań.

Swoją drogą, strasz­nie mnie cie­szy, że blok hor­ro­rowy na Dniach Fan­ta­styki roz­wija się i jego orga­ni­za­to­rzy ścią­gają tak nie­tu­zin­ko­wych gości.

Dru­gie wyda­rze­nie… na pewno wyda­nie „Uzu­maki. Spi­rala” Junji Ito przez J.P.Fantastica. Ciężko mi zna­leźć na pol­skim rynku drugi taki komiks – tak kom­pletny, tak chory i tak straszny. Mamy do czy­nie­nia z czy­stej wody hor­ro­rem, który auten­tycz­nie prze­raża tre­ścią i rysun­kiem. Momen­tami popa­da­jąca w gro­te­skę histo­ria jest jak tytu­łowa spi­rala, po któ­rej czy­tel­nik spada w coraz to głęb­sze odmęty obłędu. I nawet nie cho­dzi mi tu tylko o pra­starą tajem­nicę jaką skrywa nad­mor­skie mia­steczko czy wyna­tu­rzone potwory pro­sto z naj­mrocz­niej­szych kosz­ma­rów. Tym co odróż­nia „Spi­ralę”, od wyda­wa­łoby się podob­nych tytu­łów, jest spe­cy­ficzny kli­mat, bo jest rzecz na wskroś japoń­ska – ostro popie­przona,  sur­re­ali­styczna, momen­tami, aż ciężka do prze­łknię­cia. Wszyst­kim fanom nie­tu­zin­ko­wego hor­roru Ito zabił tą mangą nie­złego ćwieka. 

Trze­cie wyda­rze­nie, to wpro­wa­dze­nie na pol­ski rynek hor­roru eks­tre­mal­nego z naj­wyż­szej półki – cho­dzi mi tutaj o twór­czość Edwarda Lee. Przed rokiem 2011 można było prze­czy­tać jedno jego opo­wia­da­nie w pierw­szym tomie anto­lo­gii „999” (tekst mocny, ale nie­stety nie będący hor­ro­rem). Tylko ten rok to „Suk­kub” – powieść wydana przez Replikę, a także opo­wia­da­nia: „Matka” i „Stół”. Kolejne tek­sty Lee zapo­wie­dziano na przy­szły rok, i tym samym, to wła­śnie jest wyda­rze­nie, na które naj­bar­dziej cze­kam (no i może wyda­nie „Dro­oda” Sim­monsa). Od momentu kiedy pierw­szy raz prze­czy­ta­łem o powie­ściach Edwarda Lee wie­dzia­łem, że jest to autor, któ­rego na pol­skim rynku bar­dzo bra­kuje i nie zastą­pią go nam kolejne książki Bar­kera, Master­tona czy Huberta.

Rok 2011 dla miło­śni­ków hor­ro­rów był na pewno hojny w wyda­rze­nia. Poja­wiła się spora ilość cie­ka­wych nowo­ści (anto­lo­gia poświę­cona twór­czo­ści Richarda Mathe­sona, dwie anto­lo­gie od Repliki, książki Kinga, Ket­chuma, Camp­bella, roman­su­jące z hor­ro­rem „Roz­gwiada” i „Wir” Wat­tsa), wzno­wiono naprawdę war­to­ściowe pozy­cję (począw­szy od wielu tek­stów Gra­biń­skiego, poprzez „Wydrą­żo­nego czło­wieka” Sim­monsa, skoń­czyw­szy na „Ślepo­wi­dze­niu”) i posy­pały się bar­dzo inte­re­su­jące zapo­wie­dzi. Cie­szy fakt, że sięga się po nowe nazwi­ska i gatunki. Widać pro­gres i to jest chyba najważniejsze. 

Paweł Szcze­pa­nik

Dni Fan­ta­styki we Wrocławiu

Wro­cław­ski kon­went urósł w moich oczach do bar­dzo waż­nego punktu w corocz­nym kalen­da­rzu imprez od 2010 roku, kiedy to mia­łem oka­zję uczest­ni­czyć w nim po raz pierw­szy i spo­tkać Jacka Kat­chuma. Podob­nie było w tym roku. Gwiazdą kon­wentu był Ram­sey Camp­bell, nie trudno zauwa­żyć, że pokło­siem tej wizyty jest rosnące zain­te­re­so­wa­nie tym pisa­rzem w Pol­sce. Jak zawsze świetny kli­mat – zarówno miej­sca jak i towa­rzy­szący cało­ści imprezy, bar­dzo inte­re­su­jący blok tema­tyczny poświę­cony „Hor­ro­rowi i gro­zie”, pol­scy i zagra­niczni pisa­rze na wycią­gnię­cie dłu­go­pisa oraz wspa­niałe towarzystwo!

Edwarda Lee na pol­skim rynku

Debiut z wyko­pem, który nie­stety poka­zuje, że w Pol­sce bra­kuje jesz­cze wielu pisa­rzy, a fan hor­roru z tego powodu jest naj­bar­dziej pokrzyw­dzony – każde nowe nazwi­sko to ryzy­kowna inwe­sty­cja, dla­tego półki ugi­nają się od jed­nych i tych samych nazwisk. Pozo­staje czy­tać książki w ory­gi­nale, ale wtedy nie ma z kim poga­dać. O Edwar­dzie Lee sły­szało się na długo zanim poja­wił się w Pol­sce, w samych super­la­ty­wach i nie było to czcze gada­nie. Suk­kub jest bar­dzo dobry, zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szy hor­ror jaki czy­ta­łem w 2011 roku.

Hal­lo­we­enowy zbio­rek „31.10”

Grupa pisa­rza – z małym dorob­kiem na kon­cie i stare wygi – skrzyk­nęła się aby wła­snym sump­tem wydać zbio­rek opo­wia­dań na Hal­lo­ween. Wysko­czyło to nagle, bez zapo­wie­dzi więk­szych, na por­ta­lach spo­łecz­no­ścio­wych. Co wię­cej, wydali to za darmo, w for­mie e-booka. Warto takie ini­cja­tywy doce­niać i im przy­kla­ski­wać, zwłasz­cza że wyszło świet­nie a suk­ces publi­ka­cji zasko­czył chyba samych twórców. 

Naj­waż­niej­sze wyda­rze­nie nad­cho­dzą­cego roku: Polcon 2012

Nie może być ina­czej! W  nad­cho­dzą­cym roku nie będzie Wro­cław­skich Dni Fan­ta­styki, ponie­waż prawo do orga­ni­za­cji Polconu dostał wła­śnie Wro­cław. Ale powiedzmy sobie też szcze­rze, orga­ni­za­cja kon­wentu w ostatni week­end czerwca, ze względu na Euro 2012, byłaby strza­łem w kolano. Spo­ty­kamy się więc pod koniec sierp­nia, inna miej­scówka, ale kli­mat mam nadzieję ten sam, w końcu orga­ni­za­to­rzy pozo­stają bez zmian. Poza tym potwier­dzono już przy­by­cie Edwarda Lee :) Zapo­wiada się wyśmie­nita impreza dla fana horroru! 

Redakcja Carpe Noctem