II
9
2012
Ziarno demona
Ziarno demona

Wypada blado

Wśród moich nowo­rocz­nych posta­no­wień czo­łowe miej­sce zaj­muje zamiar doczy­ta­nia wszyst­kich tek­stów, któ­rych lek­tura, z tego czy innego względu, została prze­rwana. Na pierw­szy ogień poszło Ziarno demona, jedna z naj­now­szych powie­ści Deana Koontza opu­bli­ko­wa­nych przez wydaw­nic­two Amber. Przy­godę ze wspo­mnianą książką zakoń­czy­łem rów­nie szybko, jak roz­po­czą­łem. Nie pamię­tam, jak daleko dobrną­łem w fabule, ale wiem, że byłem mocno roz­cza­ro­wany. Na tle innych tek­stów Koontza z okresu lat 90′ Ziarno demona wypa­dało mało atrakcyjnie.

Po czter­na­stu latach prze­rwy książka ame­ry­kań­skiego autora nadal nie powala na kolana, ale skoń­czyw­szy ją czy­tać, stwier­dzam, że powi­nie­nem był dać jej szansę o wiele wcze­śniej. Nie dla wart­kiej akcji, o którą trudno nawet w koń­cówce powie­ści, ale dla osoby głów­nego boha­tera. Powie­rze­nie postaci Adama Dwa, sztucz­nej inte­li­gen­cji obda­rzo­nej świa­do­mo­ścią, funk­cji nar­ra­tora oka­zało się posu­nię­ciem nie tyle nowa­tor­skim – nie pierw­szy i nie ostatni raz jeste­śmy świad­kami mono­logu czar­nego cha­rak­teru – co cie­ka­wym z uwagi na poglądy pre­zen­to­wane przez boha­tera. Jego filo­zo­ficzne wywody, choć mało odkryw­cze – cel uświęca środki; wszystko, co wiel­kie, powstaje w bólu – to zde­cy­do­wa­nie naj­cie­kaw­sze frag­menty powie­ści. W Ziar­nie demona mia­łem rów­nież po raz kolejny oka­zję przyj­rzeć się rela­cjom łączą­cym czło­wieka z maszyną. W odróż­nie­niu jed­nak od Pozy­tro­no­wego czło­wieka Issaka Asi­mova i Roberta Silver­berga w powie­ści Koontza nie jeste­śmy świad­kami poko­jo­wych dążeń maszyny do uczło­wie­cze­nia się. Adam Dwa, choć pra­gnie posia­dać ludz­kie ciało rów­nie mocno, jak robot Andrew, podąża zgoła odmien­nymi ścież­kami do celu.

Pozna­jemy go w momen­cie, gdy zasiada na ławie oskar­żo­nych; tyle, że oczy­wi­ście w nie­do­słow­nym tego słowa zna­cze­niu. Nasz elek­tro­niczny boha­ter, funk­cjo­nu­jący począt­kowo w ramach Pro­jektu Pro­me­te­usz – pro­jektu dążą­cego do stwo­rze­nia wysoce inte­li­gent­nej istoty obda­rzo­nej świa­do­mo­ścią kom­pu­tera – wydo­staje się na wol­ność, po czym, pożą­da­jąc ludz­kiego ciała, opa­no­wuje kom­pu­te­rowy sys­tem bez­pie­czeń­stwa zarzą­dza­jący posia­dło­ścią nale­żącą do Susan Har­ris. W swo­jej zakład­niczce bar­dzo szybko dostrzega nie tylko obiekt miło­snych fan­ta­zji, ale rów­nież nową Madonnę, matkę nowej rasy, swoją ide­alną ludzką rodzi­cielkę. Demo­nicz­nego obrazu powie­ści dopeł­nia postać total­nego dege­ne­rata Enosa Shenka oraz jego zami­ło­wa­nie do zada­wa­nia bólu i do „mokrej muzyczki” roz­brzmie­wa­ją­cej w trak­cie mor­do­wa­nia. To wła­śnie poprzez osobę rze­czo­nego psy­cho­paty Adam Dwa urzą­dza w prze­ję­tej przez sie­bie posia­dło­ści labo­ra­to­rium medyczne oraz ter­ro­ry­zuje Susan. I tutaj cie­ka­wostka – w wyda­niu powie­ści z 1973 roku, jak i w fil­mie Donalda Cam­mella Dia­bel­skie nasie­nie, brak postaci Enosa Shenka. Jego rolę pełni sys­tem meta­lo­wych macek, zwa­nych „pseu­do­pods”. Nie mia­łem oka­zji prze­czy­tać Ziarna demona w wer­sji z początku lat sie­dem­dzie­sią­tych, ale pła­czę z tego powodu. Widzia­łem przy­to­czony film i cie­szę się, że postać Enosa Shenka zawi­tała jed­nak na łamach książki.

Wspo­mnia­łem, że pierw­sze spo­tka­nie z Ziar­nem demona było nie­zbyt udane. Także i tym razem dotar­cie do końca powie­ści nie było łatwe. Jesz­cze raz pod­kre­ślę: powie­ści brak dyna­miki. Nar­ra­cja przy­brała kształt mono­ton­nie opo­wia­da­nej histo­rii i opiera się głów­nie na suchym przed­sta­wia­niu fak­tów, nie wiem jed­nak, czy jest to celowy zabieg ze strony autora, aby jesz­cze dobit­niej pod­kre­ślić mecha­nicz­ność głów­nego boha­tera. Z czy­tel­ni­czego punktu widze­nia pomysł tra­fiony, ale tylko czę­ściowo. Otrzy­ma­li­śmy wpraw­dzie ory­gi­nal­nego nar­ra­tora, ale ucier­piało na tym tempo powie­ści. Podobno w wer­sji książki z 1973 roku wystę­po­wały frag­menty, w któ­rych wyda­rze­nia toczyły się także z per­spek­tywy głów­nej boha­terki. Żałuje, że zostały wycięte. Wie­rzę, że powieść dużo by zyskała, gdy­by­śmy mieli moż­li­wość poznać emo­cje tar­ga­jące Susan w tych dra­ma­tycz­nych chwilach.

Koń­cząc, na tle innych tek­stów Deana Koontza histo­ria Adama Dwa nadal wypada dość blado. Z Ziar­nem demona wska­zane jest zapo­znać się cho­ciażby ze względu na nie­co­dzien­nego boha­tera, ale nie należy ocze­ki­wać zbyt wiele od lek­tury. Osoby zazna­jo­mione z twór­czo­ścią ame­ry­kań­skiego pisa­rza wie­dzą, że napi­sał on całe mnó­stwo innych o niebo lep­szych tek­stów i to do nich powinni ude­rzyć wszy­scy zain­te­re­so­wani powie­ściami Koontza. Ziarno demona można prze­czy­tać na deser, jak się już zje co bar­dziej sma­ko­wite kąski.

Sylwester Kozdroj
Tytuł oryginału:  Demon Seed
Autor:   Dean Koontz
Tłumaczenie:   Jan Kabat
Wydawnictwo:   Amber
Data wydania:   1998
Cena:   ??
Format:   okładka twarda z obwolutą, 152 s.
Opis z okładki:  

Susan Harris mieszka w luksusowej, doskonale strzeżonej posiadłości. Wszystkimi czynnościami kieruje automatycznie supernowoczesny komputer. Elektroniczny system zabezpieczeń zapewnia absolutną ochronę. Nagle coś zaczyna szwankować. Podstępna sztuczna inteligencja przejmuje kontrolę nad domem i życiem Susan, terroryzuje ją i zmusza do uległości...

Przypisane tagi: