IV
9
2009
Święty Wrocław
Święty Wrocław

W jed­nej z recen­zji dla por­talu Onet.pl suge­ro­wał Orbi­tow­ski, że jest na świe­cie dziura, do któ­rej ludzie wrzu­cają gobliny, duchy i inne budzące prze­strach mon­stra. W tej dziu­rze mieszka rów­nież Ste­phen King i jemu podobni, tam rodzą się naj­czar­niej­sze pomy­sły i bije serce świa­to­wego hor­roru. Orbi­tow­ski tam nie mieszka, choć na pewno bywa czę­stym gościem – dla niego to jed­nak zale­d­wie przed­sio­nek. On zszedł niżej, przez kata­kumby, trumny z umar­łymi nie­podat­nymi na roz­kład, posągi kró­lów i olbrzy­mów o obli­czu pięk­nym, a jed­no­cze­śnie nie­skoń­cze­nie groź­nym. Zszedł, wycią­gnął stam­tąd „Święty Wro­cław” i słońce prze­stało świecić. 

Już na eta­pie pomy­słu wyła­nia się obraz nie­po­ko­jący i ory­gi­nalny. Oto ze spo­koj­nego, wro­cław­skiego osie­dla zni­kają zwie­rzaki wszyst­kie oprócz kotów, nie­ustan­nie pada deszcz, a ludzie zdra­pują tynki ze ścian. Zapo­cząt­ko­wane przez jed­nostkę, sza­leń­stwo wydaje się być zbio­rowe – miesz­kańcy odkryli, że pod powierzch­nią ścian, sufi­tów i podług kryje się coś innego niż beton – coś czar­nego, mrocz­nego, a jed­no­cze­śnie dają­cego spo­kój i szczę­ście. Głos Świę­tego Wro­cła­wia – bo tak z cza­sem nazwą to miej­sce – przy­wo­łuje i naka­zuje posłu­szeń­stwo, nikt nie wie, co daje w zamian, bo nikt stam­tąd nie wyszedł. Zaczy­nają poja­wiać się pro­rocy wiesz­czący rychły koniec świata, a pro­ści ludzie doty­kają cze­goś nie­zwy­kłego, co prze­kra­cza gra­nice ich poj­mo­wa­nia. Orga­ni­zują się w Czarne Mia­steczko, zbio­ro­wi­sko koczow­ni­ków, osób głod­nych sen­sa­cji i szu­ka­ją­cych inge­ren­cji sił wyż­szych, wpa­trują się w czarne budowle nie rozu­mie­jąc czym są, bramą do wie­ku­istej świa­tło­ści czy wie­ku­istego mroku.

Gdyby nadal ist­niało to sza­lone dobro­dziej­stwo, jakim była „stara matura” z pol­skiego, „Święty Wro­cław” z powo­dze­niem mógłby zna­leźć się w każ­dym tema­cie. Mamy tam motyw miło­ści, opo­wie­dziany nowo­cze­śnie, ale z roman­tyczną deli­kat­no­ścią; jest motyw podróży, prze­miany (nie tylko głów­nych boha­te­rów), trudne rela­cje rodzinne i spo­łeczne, motyw ojca, matki, odwo­ła­nia mesjań­skie i reli­gijne, sło­wem – wszystko, czego kry­tyk zapra­gnie. Mało tego, Orbi­tow­ski potra­fił tę mno­gość utrzy­mać w ryzach, usza­no­wał prawo do indy­wi­du­al­no­ści i każ­demu ele­men­towi poświę­cił wystar­cza­jąco dużo miej­sca, a jed­no­cze­śnie nie pozwo­lił domi­no­wać. Poka­zał się jako pisarz wszech­stronny i świa­domy celu, jaki chce osią­gnąć – poszu­ki­wa­nia Mał­gosi płyn­nie prze­pla­tają się z wizjami i męczeń­stwem Adama, Tomasz nie wylewa za koł­nierz bar­dziej niż młod­sze poko­le­nie (repre­zen­to­wane przez Lucynę i Beatę), i – co daje naj­więk­szą radość – na końcu wygrywa miłość, choć nie wygrywa nikt. 

Tak, mamy to wszystko, a wciąż nie mamy sedna – sed­nem jest bowiem Święty Wro­cław. Per­fek­cyj­nie popro­wa­dzone wątki oby­cza­jowe to oczy­wi­ście trafne obser­wa­cje, ale nie tylko – to rów­nież wabik. Z jed­nej strony czy­tel­nik tra­fia do świata, który dobrze zna, bo w nim żyje; daje to auto­rowi moż­li­wość komen­to­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści i szy­dze­nia (na zacho­dzie sam fakt bycia Polką daje tyle, co powięk­sze­nie sobie biu­stu). Orbi­tow­ski obser­wa­to­rem jest świet­nym i – tu docho­dzimy do dru­giej strony – łatwo wciąga nas w swoją opo­wieść. A kiedy wie­rzymy już, że to histo­ria o nas samych, do tego uło­żo­nego obrazu wkra­cza nie­znane, autor sączy tajem­nicę, za którą – co czu­jemy od razu, nie kryje się nic dobrego. Bo choć zgro­ma­dzeni wokół Świę­tego Wro­cła­wia piel­grzymi szu­kają w nim Boga i zba­wie­nia, znajdą ból i cier­pie­nie. W wypeł­nio­nym czer­nią osie­dlu wątki oby­cza­jowe płyn­nie prze­cho­dzą w naj­wyż­szej klasy hor­ror, który nie razi dosłow­no­ścią, mimo że nie szczę­dzi odry­wa­nego od kości mięsa i nie zawo­dzi, mimo że korzy­sta z pry­mi­ty­wi­zmu. Nikt ze Świę­tego Wro­cła­wia nie wró­cił, a na pyta­nie, czy tak tam dobrze, czy źle, oby­dwie odpo­wie­dzi są twier­dzące. Tajem­nica kusi i przy­ciąga, ludzie nie wie­dzą jak się zacho­wać, więc zacho­wują się głu­pio, igno­ru­jąc nawet jasne prze­sła­nia. Jeśli życie jest bajką, to my wła­śnie zasu­wamy w głąb roz­grza­nego pieca, wyki­wani przez parę gów­nia­rzy. 

Groza wkra­da­jąca się w codzienne, spo­kojne życie ludzi aż nazbyt pach­nie Kin­giem, czemu trudno się dzi­wić – wszakże to on roz­sła­wił ten sche­mat opo­wie­ści. Wyda­wało się, że trudno go prze­nieść na nasz grunt – daleko nam do ame­ry­kań­skich małych mia­ste­czek, mamy za to mnó­stwo cie­kaw­szych miejsc akcji i Orbi­tow­ski w swo­jej twór­czo­ści poka­zuje, jak je wyko­rzy­stać. Pomy­słów i atry­bu­tów miał wcze­śniej wiele, ale dopiero teraz w pełni wyko­rzy­stał naj­waż­niej­szy – język. Mniej osie­dlowy (choć zawie­ra­jący swoj­skie wstawki), zde­cy­do­wa­nie bar­dziej doj­rzały, cza­sem spra­wia­jący wra­że­nie cyze­lo­wa­nego do per­fek­cji. Styl, w jakim napi­sany jest „Święty Wro­cław” to dia­ment w koro­nie, nie tylko dopeł­nia, ale wręcz sta­nowi o jej świet­no­ści. Płynna zmiana nar­ra­cji i czasu i – jak­kol­wiek try­wial­nie to brzmi – pięk­nie pisane zda­nia dają czy­tel­ni­kowi przy­jem­ność z lek­tury, a auto­rowi łatwość budo­wa­nia klimatu. 

Bo „Święty Wro­cław” to książka nastro­jowa, opo­wieść o ludziach, ich pra­gnie­niach, marze­niach i zbrod­niach. Umiej­sco­wiona w cza­sie i prze­strzeni, ale im nie­pod­le­gła, wymyka się kon­wen­cji i skła­nia do powrotu. Kto ją pozna, prze­mieni się wraz z nar­ra­to­rem i doświad­czy emo­cji, któ­rych nie każdy powi­nien doświad­czać. Warto.

 

*** 

 

Zasta­na­wia­łeś się kie­dyś, Łuka­szu, czy zdo­łasz ogar­nąć „Święty Wro­cław”, czy rzecz Cię nie prze­ro­śnie – nie prze­ro­sła. Zro­bi­łeś to, napi­sa­łeś powieść grozy z praw­dzi­wego zda­rze­nia. Gra­tu­luję i zazdrosz­czę, choć teraz masz następny ból głowy – taki, który powi­nien odczu­wać każdy sza­nu­jący się autor – co dalej? Jak napi­sać następną książkę, żeby znów osią­gnąć szczyt? 

Trzeba zagląd­nąć tam, gdzie nikt z nas nie był, gdzie Ste­phen King wytrzy­mać nie może, gdzie kosz­mary się rodzą i umie­rają. Znasz to miej­sce, prawda? 

Przemysław Romański
Autor:   Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo:   Wydawnictwo Literackie
Data wydania:   2009-03-26
Cena:   29,90 zł
Format:   400 s.
Opis z okładki:  
Wstąp do polskiego Twin Peaks…
 
Piewca tematyki osiedlowej powraca do korzeni. Tym razem w blokach nie zagnieździły się diabły ani duchy, a drugie osiedle. Urzeczeni mieszkańcy porzucają dotychczasowe życie, by oddać się demolowaniu własnych mieszkań – pod warstwą tynku i cegieł kryje się gorąca, czarna powierzchnia. Z każdym dniem na niezwykłym osiedlu przepada coraz więcej ludzi, mnożą się gapie, wyznawcy i badacze, szaleństwo ogarnia administrację i media.
 
„Święty Wrocław” to horror-ballada o Polsce proroków, pielgrzymów i wariatów, o mieście pierwszych miłości, o wiośnie dziewięciu cudów, o zbliżającej się katastrofie.
 
Święty Wrocławiu, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami…
Przypisane tagi: