|
Okazja
Jakub Ćwiek
Ilustracje: Jacek Grześkowiak
    Okazja czyni złodzieja, tak zawsze mawiał jego ojciec. I choć sam nigdy niczego sobie nie przywłaszczył, nie potrafił zrozumieć dlaczego niektórzy mają pretensje, że zostali okradzeni. W końcu ktoś, kto na przykład zostawia kluczyki w stacyjce mercedesa, albo wkłada portfel do koszyka podczas robienia zakupów, sam jest sobie winien.
    Thomas Watt, jeszcze niedawno Tomasz Wawrzycki, całkowicie zgadzał się z poglądami rodzica, tyle że w przeciwieństwie do niego lubił łączyć teorię z praktyką. I kto wie, może to właśnie dlatego, a nie z braku innych ofert, zatrudnił się na lotnisku Kennedy'ego w sortowni bagaży. Bo tam okazje rodziły się co minuta i aż szkoda je było marnować.
    Oczywiście Thomas nie był głupi i ani myślał podkładać się dla walizki pełnej równo poskładanych koszulek i gaci. Jego zielona karta wciąż jeszcze wisiała na włosku, a w rodzinnych stronach nie za bardzo mógł się pokazywać. Mimo iż miał dopiero dwadzieścia pięć lat, zdążył już sporo zmajstrować w kraiku nad Wisłą, podpaść wielu osobom (wśród nich niedoszłemu teściowi, byłemu mistrzowi Polski boksu wagi ciężkiej, który jednak wcale nie stał na szczycie listy) i stanowczo zbyt wiele miałby do stracenia.
    Zawsze jednak zdarzały się nieodebrane bagaże, o które mógł zagrać z kumplami w karty. I na ogół wygrywać wszystko, ponieważ za każdym razem grali tą samą, znaczoną talią. Maleńkie, ledwie widoczne kreski nie były robotą Thomasa, on po prostu pierwszy je dostrzegł, a potem zapamiętał kod. Znaczone karty były tą właśnie okazją, której nie mógł zmarnować.
    Przez te dwa lata dorobił się już całkiem ładnego garnituru, paru albumów zdjęciowych, pontonu, kilku skórzanych walizek i całej rzeszy mniejszych i większych życiowych umilaczy. Cały czas jednak uważał, że to co najważniejsze jeszcze go czeka. Wszak po całym lotnisku krążyła legenda o jakimś Rusku czy innym Słowianinie, który mieszkał tu kilka miesięcy i wygrał kiedyś ogromną, wypełnioną diamentami rybę. Oczywiście, zgodnie z tym, co mu opowiadali, dał ją potem jakiemuś Japońcowi, nie wiedząc nawet, co jest w środku, ale fakt pozostawał faktem. Na lotnisku, w sortowni, można było zdobyć fortunę, wystarczyło trafić na okazję. I Thomas czekał, rozglądając się uważnie.
   
    ***
   
    - Co z tobą, Garry?- zapytał Steve, niski, barczysty murzyn w nieco przyciasnym mundurze ochrony lotniska.
    Zagadnięty, łysy jak kolano Chińczyk, ubrany w pomarańczowy uniform służb technicznych, uśmiechnął się krzywo, podnosząc głowę znad gazety.
    - Nic - odparł, wzruszając ramionami. - Tylko czasem nie potrafię się nadziwić ludzkiej głupocie.
    Podniósł gazetę do góry, pokazując towarzyszowi czytany artykuł.
    Murzyn przechylił głowę jak sroka i wytężając wzrok przeczytał:
    - "Zbiorowe samobójstwo czcicieli szatana? Blisko sto dwadzieścia ciał." Nieźle. - Pokiwał głową z uznaniem. - Gdzie to?
    - W południowej Afryce - odparł Garry. - Piszą, że wygląda to tak, jak gdyby zaczęli walczyć ze sobą. Poprzebijali się nawzajem mieczami.
    - Pewnie coś przyćpali i mieli zwidy.
    Garry skinął głową.
    - A najlepsze jest to - dodał - że gdy już się wszyscy powybijali, ktoś przyszedł i obrobił sejf sekty, gdzie podobno było kilka milionów dolców w obligacjach, takich na okaziciela. Coś jak gotówka, tyle że w ogromniastych nominałach.
    Steve gwizdnął pod nosem.
    - To się nazywa fart - stwierdził.
    - Nie - rozległo się gdzieś za jego plecami i po chwili zza pasa transmisyjnego wyłonił się Thomas. - To, mój drogi, nazywa się okazja.
    Murzyn wyszczerzył się w uśmiechu.
    - Właśnie ciebie nam tu brakowało, magister - stwierdził, ostentacyjnie mrugając do Chińczyka. - Ty jesteś spec od kultury. Może powiesz nam, nieukom, co kierowało tymi szaleńcami, że się zatłukli?
    Thomas wzruszył ramionami. Poprawił jadącą pasem torbę i przysiadł koło Garrego.
    - Pojęcia nie mam, ale musiało to być coś poważnego.
    Chińczyk prychnął.
    - Tyle to wiemy i bez twoich tytułów, magister. Tyle tylko, że... Ej, popatrzcie na tamtą walizkę, robi już drugie kółko.
    Wszyscy równocześnie spojrzeli we wskazanym kierunku. Drugie okrążenie nie znaczyło jeszcze co prawda, że nikt już walizki nie odbierze, ale i tak dawało jakąś szansę, że wieczorny poker nie będzie grą na zapałki.
    Leżąca na pasie walizka nie wyglądała wcale na najwykwintniejszą w świecie, ale nie należała też do tych najtańszych. Mogła budzić całkiem zrozumiałe nadzieje na elektryczną golarkę czy aparat fotograficzny. I może jakieś fajne dżinsy na dodatek.
    - Skąd leci?- zapytał Thomas, przyczesując włosy.
    - Z Afryki - odparł Steve.
    Polak i Chińczyk spojrzeli na niego niemal równocześnie.
    - Z południowej? - zapytał Garry, nawet nie próbując ukryć nadziei w głosie.
    Murzyn pokręcił głową.
    - Z Kairu, niestety, a to cholernie daleko od południowej, nie, magister?
    Tomasz potwierdził, nadal jednak nie odrywając wzroku od walizki. Miał przeczucie.
   
    ***
   
    To, co wydarzyło się potem, mógł określić tylko jednym słowem: Okazja. Fakt, iż
właśnie ta walizka zaklinowała się w miejscu, do którego on, z racji wieku i wrodzonej zręczności, mógł dotrzeć najszybciej, nie mógł być niczym innym.
    - Ja się nią zajmę - zawołał, widząc, że Steve rusza ku drabince.
    Murzyn zatrzymał się i wzruszył ramionami. Jak sobie chcesz, zdawał się mówić ten gest. Mnie nie zależy.
    Thomas błyskawicznie wspiął się na najbliższy pas, złapał się rękoma wsporników koryta drugiego i podciągnął. Po chwili balansował już na górnej taśmie. Przejechał na niej kilka metrów, po czym wyskoczył, łapiąc za pręt rusztowania. Potem wystarczyło już tylko puścić się jedną ręką , złapać krawędzi właściwego koryta, podciągnąć się i już był przy torbie.
    Gdzieś tam na dole Garry krzyczał coś o małpach i proponował mu banana, ale Thomas nie słuchał. Gwałtownie rozpiął paski i szarpnął za zamek. Jego oczom ukazał się szary, pluszowy miś o wielkich czarnych oczach. Pod nim zaś...
    Thomas poczuł, że robi mu się potwornie gorąco. Błyskawicznie zamknął torbę.
   
    ***
   
    - Co ten popapraniec robi?- zaniepokoił się Garry, widząc, jak Thomas podnosi walizkę i staje obiema nogami na taśmie, pozwalając jej nieść się ku wyjściu. Przyłożył dłonie do ust, układając je na kształt tuby. - Ej, zostaw ją, to dopiero drugie okrążenie, ktoś się może po nią zgłosić!
    Steve, również mocno zaniepokojony, odruchowo złapał za radio, ale Chińczyk powstrzymał go.
    - No, co ty, narobisz mu kłopotów, zaraz tu zejdzie.
    Ale Thomas ani myślał schodzić. Tuż przed samym wyjściem przyklęknął, pochylił głowę i w takiej pozie (w innych okolicznościach mógłby uchodzić za pogrążonego w głębokiej i żarliwej modlitwie) wjechał w tunel. Zamocowane u wylotu pasy gumy pogładziły go po plecach i na moment pogrążył się w ciemności. Gdzieś za jego plecami Garry ponownie coś krzyknął, ale dla Thomasa sortownia już nie istniała. Jakby była innym, obcym światem.
    Kolejny dotyk gumowych palców i już był w lotniskowej hali. Ludzie zgromadzeni przy taśmie popatrzyli na niego ze zdumieniem i nie kryjąc rozbawienia. Zwłaszcza gdy Thomas poderwał się z klęczek, rozejrzał, po czym nerwowo krzyknął:
    - Hej, proszę pana! Pańska walizka.
    Jakiś starszy mężczyzna stojący właśnie przy samych drzwiach obejrzał się z zaciekawieniem, i do niego właśnie Thomas postanowił się skierować. Wiedział, że wszyscy na niego patrzą, nie spuszczał więc oczu ze starszego jegomościa i uśmiechał się przy tym głupkowato. Jednocześnie z każdym krokiem coraz bardziej przyspieszał.
    Kątem oka dostrzegł nagłe poruszenie wśród ochrony lotniska i to, że kilku funkcjonariuszy ruszyło w jego stronę, ale nie dał się ponieść nerwom. Podszedł do mężczyzny i nie bacząc na jego zdumienie, podał mu walizkę. Tak jak się spodziewał, zdezorientowany staruszek odruchowo wyciągnął rękę. To wystarczyło. Thomas wcisnął mu bagaż i odwrócił się w stronę nadciągających ochraniarzy. Posłał im głupkowaty uśmieszek i, jak gdyby nigdy nic, z rękami w kieszeniach ruszył w stronę wejścia na sortownię.
    Ochrona niemal z miejsca przestała się nim interesować. Któryś z funkcjonariuszy nadał coś przez radio i po chwili wszyscy byli z powrotem na stanowiskach.
    Dopiero teraz Thomas odważył się na zerknięcie przez ramię. Czuł się jak Orfeusz wychodzący z piekła i prowadzący za sobą Eurydykę. Wiedział, że jedno spojrzenie mogło wszystko popsuć, ale nie mógł się powstrzymać. A co jeśli staruszek zabrał walizkę, uznając wydarzenie za znak z niebios? Prawdziwą okazję? Co jeśli...
    Ale staruszek stał nadal w tym samym miejscu, ze zdumieniem wpatrując się we wręczony mu bagaż. Dzięki ci, Panie, pomyślał Thomas, za tego staruszka i jego demencję... a także za chińskie wycieczki!
    Rzeczywiście miał powody, by dziękować, gdyż zmierzająca ku wyjściu grupa Chińczyków (Wszyscy w identycznych bluzach z emblematem wielkiego jabłka, większość miała też na piersiach aparaty fotograficzne) pakowała się wprost na niego. Thomas poczekał, aż znajdzie się w środku grupy, po czym ugiął nogi w kolanach i dał się ponieść tłumowi.
    Tuż przy drzwiach wycieczka wchłonęła staruszka. Tylko na chwilę, ale moment ten wystarczył, by Thomas wyrwał mu walizkę. Dziadek, tak samo jak wcześniej, nie oponował. Wydawał się być nawet zadowolony, że nie musi się już zastanawiać, czy to aby na pewno jego i czy z jego pamięcią nie jest dużo gorzej, niż myślał.
    Tymczasem Thomas był już na zewnątrz. Szedł szybkim krokiem w stronę parkingu, zastanawiając się, co zrobi z zawartością walizki. Bo że uda mu się z nią uciec, tego był pewien. Dziś bowiem nastał jego dzień. Dzień okazji.
   
    ***
   
    - Jak to zgubiliście moją walizkę?! - wrzasnął mężczyzna.
    Roger O'Neal, manager lotniska, nerwowo otarł czoło chusteczką i uśmiechnął się przepraszająco.
    Był przysadzistym mężczyzną o wiecznie rozbieganych oczkach i stanowczo za wysokim czole. Z wyglądu przypominał nieco Danny'ego DeVito, nie miał w sobie jednak nawet odrobiny uroku i wdzięku aktora. Ci, którzy choć trochę go znali, unikali go jak ognia, był on bowiem typem wyjątkowo antypatycznym, pamiętliwym i chętnie wykorzystującym swe rozliczne znajomości. Człowiekiem, który bez skrupułów rozprawia się ze składającymi reklamację na jego lotnisko.
    Teraz jednak, patrząc w oczy młodego, długowłosego mężczyzny o twarzy jak z obrazka z Chrystusem, Roger O'Neal odczuwał strach. I modlił się w duchu, by ta pieprzona walizka znalazła się. I to jak najprędzej.
    Ktoś zastukał delikatnie w szybę drzwi i po chwili do środka wszedł Steve, a zaraz za nim Garry. Obaj wyglądali na mocno przestraszonych, ale stary Chińczyk miał na dodatek minę jakby ktoś narobił mu w portki.
    - Panie O'Neal - wyjąkał, miętosząc w ręku czapkę. - My odnośnie tej walizki. Ona nie zaginęła... została skradziona.
   
    ***
   
    Thomas pędził międzystanówką, co chwila zerkając na leżącą na siedzeniu pasażera walizkę. Wprost nie mógł uwierzyć we własne szczęście. Jednego dnia martwi się, że nie ma na czynsz, a drugiego dostaje kilka milionów. Tak na dobry początek.
    Nie uważał swojego postępku za coś złego. Owszem, ukradł tę walizkę, ale, był tego pewien pewnością ludzi chcących za wszelką cenę uśpić sumienie, zabrał ją temu afrykańskiemu złodziejowi, więc wszystko się wyrównało. Złodziej został okradziony, a temu, który prosił, zostało dane. Jakby prosto z kart Ewangelii.
    Uśmiechnął się i podgłośnił radio. Dziwnym zbiegiem okoliczności Mark Knopfer snuł właśnie swą muzyczną opowiastkę o pieniądzach za nic i darmowych panienkach. Thomas docisnął pedał gazu i zaczął śpiewać wraz z radiem.
   
    ***
   
    - Thomas Watt - przeczytał siedzący przy monitorze policjant. - Poprzednie nazwisko Tomasz Waw... Wawrzecki. - W jego ustach brzmiało to raczej jak "Łałszesky" - Polak. Od dwóch i pół roku w USA, ma pozwolenie na pracę i stara się o obywatelstwo. Wykształcenie wyższe. Nie karany. Mamy jego adres i numery rejestracyjne wozu. To zielony Dodge rocznik osiemdziesiąty drugi.
    Policjant skończył czytać i przeniósł wzrok na O'Neala. Zmizerowane oblicze managera sprawiło, iż poczuł się w obowiązku zapewnić, że złapią drania lada moment.
    O'Neal skinął głową.
    - Wiem, oficerze. - Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszczerzył się tylko nienaturalnie. - Wiem... i dziękuję.
    Zerknął ukradkiem na stojącego pod ścianą mężczyznę o Chrystusowym obliczu. Spostrzegł, że na jego twarzy nie maluje się już wściekłość, a tylko skupienie. Uznał, że to dobry znak. Poprawił się na krześle i nacisnął przycisk interkomu. Zamówił trzy kawy.
    - Mógłby pan jeszcze raz opisać ten samochód? I samego złodzieja. - poprosił właściciel walizki (O'Neal przypomniał sobie, że mężczyzna przedstawił się jako Liefather).
    Policjant oczywiście mógł i zrobił to bez zbędnych pytań. Pokazał nawet zdjęcie Thomasa. Gdy skończył, mężczyzna podziękował mu i wyszedł, nie obdarzając O'Neala nawet przelotnym spojrzeniem. Wyraźnie się spieszył.
   
    ***
   
    Thomas wracał do samochodu niosąc w rękach wypchane torby i zanosząc się śmiechem. Nie wiedzieć czemu fakt, iż miał w samochodzie miliony dolarów, a zabrakło mu kilku centów do drobnych zakupów, wydawał mu się teraz najzabawniejszą rzeczą pod słońcem. Może dlatego, iż był naprawdę szczęśliwy, a takim niewiele potrzeba. Tylko walizki pełnej obligacji, pomyślał i znowu parsknął śmiechem. Paczka chipsów z solą wyśliznęła się z jednej z toreb i upadła na ziemię tuż obok samochodu. Pochylił się, by ją podnieść, i odruchowo zerknął na przednie siedzenie.
    - Chryste, nie! - krzyknął, rzucając zakupy na ziemię i sięgając po kluczyki. Ręce trzęsły mu się jak przy febrze i dopiero przy trzeciej próbie trafił do zamka. Gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi.
    Nie zdawało mu się. Walizka rzeczywiście była rozpięta, a ze szczeliny wystawały głowa i łapki misia. Pluszak wyglądał jakby próbował wydostać się z walizki. Lub wsunąć do niej z powrotem.
    Thomas gwałtownie podniósł klapę... i odetchnął z ulgą. Papiery były na swoim miejscu. Dla pewności wyciągnął pierwszy lepszy plik i sprawdził czy nikt nie podmienił obligacji na pocięte gazety (Przyszła mu do głowy bajka o Kopciuszku, w szczególności zaś karoca, która o północy na powrót stać się miała dynią). Wszystko było w porządku. Pochylił się, by pozbierać zakupy, zastanawiając się przy okazji, czy możliwe było, że sam zaglądał do walizki, a potem o tym zapomniał. Doszedł do wniosku, że tak. Był tak podekscytowany, że nie można było tego wykluczyć. Na wszelki jednak wypadek następnym razem weźmie ją ze sobą. I nie będzie się przejmował tym, że może dziwnie wyglądać chodząc wszędzie z walizką. Był w końcu bogaty i jako taki miał prawo do dziwactw. Wszyscy bogacze byli dziwni. A raczej... ekscentryczni.
    Uśmiechnął się pod nosem, wrzucił zakupy na tylne siedzenie i wskoczył za kierownicę. Ruszył z piskiem opon.
    ***
    - Przyszedł raz do mnie pewien zamożny człowiek - grzmiało radio głosem jakiegoś kaznodziei. - Dumny jak paw i obnoszący się swym bogactwem. Drogi garnitur szyty na miarę, wspaniały płaszcz i pierścienie na wszystkich palcach. Każdy z was widział pewnie kiedyś kogoś takiego. Jeden z tych, co mijają żebraka na ulicy, nawet nań nie spoglądając. Wydaje im się, że są panami świata! Bogami! I ten mężczyzna, stojąc pod krzyżem Chrystusa, wyciągnął z kieszeni kopertę z datkiem. A ja go zapytałem, skąd są te pieniądze. I on odpowiedział. Mówił: "Wie wielebny jak to jest, pierwszy milion trzeba ukraść, a reszta sama przyjdzie". Tak mówił właśnie! To jego słowa! A ja spojrzałem na zafrasowane oblicze Pana Naszego i zobaczyłem łzy w jego oczach! Tak, łzy! Bo Chrystus płacze nad wami, grzesznicy! To przez was zawisł na krzyżu! Wy obłudnicy, kłamcy. Złodzieje! Mówię wam tak, jak powiedziałem temu bogaczowi. Nie minie was kara! Bo prędzej wielbłąd...
    Thomas westchnął ciężko i wcisnął automatyczne szukanie stacji. Nigdy nie lubił tych telewizyjnych i radiowych klechów. Handlarze fałszywych cudów, oto czym byli. Ich konta tak obrosły w zera , że liczby pewnie nie mieściłyby się już w czeku, a oni mieli jeszcze czelność nazywać innych złodziejami. Podli oszuści!
    Z radia popłynęły kojące dźwięki którejś z piosenek Stinga i Thomas odruchowo zerknął na częstotliwość stacji. Zawsze tak robił; zwykle udawało mu się je zapamiętywać, toteż zdumiało go niezmiernie, że wybrana stacja miała tą samą częstotliwość co poprzednia. Nie znał się na tym specjalnie, ale nie trzeba było geniusza, by wiedzieć, że to niemożliwe. Czyżby więc radio samo się przestroiło? A może niechcący nacisnął jakiś przycisk i to sprawiło, że przypadkowo wysłuchał kazania o kradzieży.
    Tylko czy aby na pewno przypadkowo? Odruchowo zerknął na walizkę. Dostrzegł, że pluszowy miś nie wystawał już z łapkami, poza walizką pozostała tylko główka. Czarne paciorkowe oczka skierowane były na kierowcę. Patrzyły z politowaniem
    - Przestań bredzić - Thomas skarcił się na głos. - Jesteś po prostu zmęczony. A pluszowe misie nie patrzą.
    Pewnie, że nie, potwierdził głos w jego głowie. Odzywał się zawsze, gdy Thomas był zdenerwowany. I zawsze brzmiał tak jakby świetnie się bawił. Tak jak niemożliwe jest, by same wydostawały się z torby i przestrajały radio. Pluszowe misie nie znają się na takich rzeczach, prawda, panie magistrze?
    - Och, zamknij się! - prawie krzyknął Thomas, po czym podgłośnił radio. Ale nawet Metallica nie była w stanie zagłuszyć zdania huczącego mu w głowie:
    "Nie minie was kara!".
   
    ***
   
    Długowłosy nie wyglądał na glinę, ale na pewno sprawiał wrażenie człowieka, z którym nie warto zadzierać. Dlatego też Harvey Stocker, dumny właściciel plakietki z napisem "Witamy na stacji Shell", rzekł:
    - Czym możemy służyć? - Nie zażyczył sobie ponownego pokazania odznaki, żeby spisać jej numer, tylko grzecznie wyśpiewał odpowiedzi na wszystkie pytania. - Tak, proszę pana - powiedział uśmiechając się jak uczniak, mimo iż długowłosy nie mógł być od niego dużo starszy. - Tankował u nas zielony Dodge, a kierowca był, o ile dobrze kojarzę, podobny do tego opisanego przez pana. Zatankował i zrobił małe zakupy. Pamiętam, bo był pierwszym klientem na mojej zmianie. O ile dobrze kojarzę, zabrakło mu drobnych. A potem pojechał dalej na zachód. To było jakieś cztery, pięć godzin temu. Tyle wiem.
    Patrzył, jak długowłosy odwraca się i wychodzi, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem, nie mówiąc już o podziękowaniach. Mimo to Harvey wcale nie czuł się urażony. Wcale a wcale. Czuł za to, że musi pilnie iść do toalety.
   
    ***
   
    W tym samym momencie, czterysta kilometrów dalej Thomas zastanawiał się, czy nie wyrzucić miśka za okno. Działał mu na nerwy. Co na niego zerknął, pluszak znajdował się w nieco innej pozycji, cały czas jednak wlepiał w niego te swoje czarne, szkliste oczka, a przyjacielski uśmiech nie znikał z rozdziawionego pyszczka. Poza tym, po każdym postoju (Thomas wbrew temu, co postanowił na stacji "Shell", nie zabierał ze sobą walizki, wychodząc do sklepu czy toalety) radio samo przestawiało się na kanał kaznodziejów, skąd grzmiały przestrogi o nadchodzącej karze.
    - Słowo daję, że cię wywalę. - Thomas sam nie wierzył, że rozmawia z pluszowym misiem. Naprawdę zaczęło mu odbijać... - Jeśli jeszcze raz dotkniesz mojego radia, poznasz, jak ciężkie jest życie autostopowicza.
    Zaśmiał się nerwowo i zerknął na zegarek. Niedługo zacznie się ściemniać i powinien rozejrzeć się za jakimś miejscem do spania. Ale najpierw przydałoby się zamienić kilka obligacji na gotówkę. Nie miał już ani grosza. Podzielił się tą refleksją z miśkiem.
    - Myślisz, że znajdę tu jakiś bank otwarty o tej porze? - zapytał, prawą ręką wyciągając spięty banderolą plik. - Ile było do najbliższego miasteczka?
    Misiek oczywiście nie odpowiedział. Kilka minut później minęli drogowskaz z informacją, że za dziesięć mil zawitają w Heaven.
    Thomasa tak rozbawiła ta wiadomość, że śmiejąc się na moment stracił panowanie nad kierownicą. Samochodem zarzuciło, a otwarta klapa walizki opadła z cichym "PLAP". Pluszowy Miś, cały czas wystający z bagażu do połowy, znalazł się nagle w jego środku. I tam też, póki co, pozostał.
   
    ***
   
    Loki, połączony "autostradą umysłów" (tak zwykł nazywać tę formę kontaktu) z archaniołem Rafałem przez cały czas nastawiony był na odbiór komunikatów o położeniu zielonego Dodge'a. Komunikatów, dodajmy, pojawiających się niezwykle rzadko. Problem bowiem z Rafałem był taki, że mimo iż obiecał pomoc, jak zwykle zajmował się milionem rzeczy na raz i nie od razu przekazywał Lokiemu wiadomości od Stróżów.
    Stąd też czasem należało zapytać osobiście, najlepiej ludzi, bo ci wbrew powszechnej opinii widzą więcej niż skupieni na swych podopiecznych aniołowie. Tak jak ten gość na stacji Shella chociażby.
    Oczywiście, wszystko byłoby prostsze, gdyby ten cały Wawrzecki, czy Watt, miał swojego stróża, ale opiekun jego rodziny pozostał w Polsce, przekonany, że chłopak jest na tyle bystry, by nie robić głupot. Okazało się, że nie był. Okradł wszak Lokiego. Co z tego, że nie zdawał sobie z tego sprawy?
    Prawą ręką namacał zamek schowka na rękawiczki i otworzył go. Lśniący chromem pistolet, który Loki włożył tam zaraz po opuszczeniu samochodowej wypożyczalni, leżał na swoim miejscu. I kusił.
    - Spokojnie, stary druhu. - Loki uśmiechnął się lekko. - Już niedługo będziesz miał okazję przemówić.
   
    ***
   
    - No i jest - stwierdził z zadowoleniem Thomas, zatrzymując się naprzeciwko niewielkiego oddziału Banku Stanowego. Zaraz jednak radość ustąpiła miejsca przygnębieniu, gdy okazało się, że bank, jak przystało na szanującą się placówkę, od kilku godzin był już zamknięty.
    Czego się spodziewałeś, durniu - drwił głos w głowie - że znajdziesz bank otwarty o dziewiątej wieczorem? No tak, taka myśl, gdy się zastanowić, brzmiała niedorzecznie, ale przecież tyle się wydarzyło tego dnia rzeczy nieprawdopodobnych, że i ta zdawała się być całkiem realna. Jak to mawiają: "Nie dziwi jednorożec w magicznej krainie", albo jakoś tak.
    - Cóż, Misiek - Polak powiedział do walizki. - Przyjdzie nam chyba jechać całą noc, aż się nie zmęczę. Ale może to i lepiej. Im dalej od Nowego Yorku, tym bardziej rozpływamy się we mgle.
    Nagle odniósł wrażenie, jakby coś w walizce poruszyło się. Błyskawicznie podniósł klapę.
    Misiek leżał rozciągnięty na obligacjach, jedną łapkę trzymając włożoną do bocznej kieszonki. Thomas zerknął do środka i pokręcił głową z niedowierzaniem - znajdował się tam plik dwudziestodolarówek. Jak na życzenie.
   
    ***
   
    Znalezienie motelu nie stanowiło najmniejszego problemu. Heaven okazało się być na tyle dużym miasteczkiem, że Thomas mógł nawet wybierać spomiędzy kilku propozycji. Wybrał lokum najbliżej drogi, budynek wyglądający trochę jak jedno z zapamiętanych z rodzinnego kraju schronisk górskich. Nie zdziwiło go wcale, że właściciele motelu nazywają się Markowscy; wręcz przeciwnie, uznał to z kolejny znak od Fortuny.
    Odpuszczając sobie kolację (nagła fala zmęczenia wyparła głód), udał się prosto do pokoju i zamknąwszy walizkę w szafie (tak żeby nic z niej nie wyszło, pomyślał i zaśmiał się bez przekonania), rzucił się na łóżko. Zasnął natychmiast.
   
    ***
   
    Pamiętając, że ma do czynienia ze śmiertelnikiem, od pewnego momentu (dokładniej od północy) Loki zaczął zwalniać przy każdym motelu i uważnie obserwował parkingi. Nie dopuszczał do siebie myśli, że mógłby przejechać za daleko i dać się tak okpić. I nie chodziło tu już wcale o pieniądze, lecz boską ambicję
no i oczywiście Kłamczuch. Loki nie przyznałby się do tego nawet przed samym sobą, ale naprawdę brakowało mu pluszaka. Lubił tę maskotkę, dobrze mu się kojarzyła.
    Omal nie przegapił kolejnego motelu, tym razem drewnianego, wyglądającego jak góralska chata. Loki zlustrował okolicę. Lokal nie miał parkingu, a wśród stojących pod oknami samochodów nie było żadnego Dodge'a.
    - Ruszamy więc da... - Nagle w oknie na pierwszym piętrze coś błysnęło. Krótki rozbłysk światła, zupełnie jakby ktoś zapalił zapalniczkę lub zapałkę.
    Loki przyjrzał się oknu uważniej i po chwili uśmiechał się szeroko, szukając miejsca, gdzie mógłby stanąć.
    Na parapecie okna na pierwszym piętrze siedział szary Miś.
    ***
   
    Thomas obudził się kwadrans po ósmej, rześki i wypoczęty. Przeciągał się właśnie, marząc o pysznym śniadaniu, gdy nagle ktoś odchrząknął.
    - Dobrze się bawiłeś? - zapytał ów tajemniczy ktoś, siedzący, jak się okazało, w fotelu naprzeciwko łóżka. - Uciekając z moją forsą?
    Thomas milczał. Nie wiedział, co ma powiedzieć. Facet w fotelu nie wyglądał na takiego, któremu da się wcisnąć pierwszy lepszy kit, a nic naprawdę dobrego nie przychodziło mu do głowy. Postanowił zaryzykować z prawdą.
    - Całkiem nieźle - wypowiedziawszy to zdanie, z miejsca zdał sobie sprawę, że nie zabrzmiało ono zbyt poważnie. I raczej nie poprawiło jego sytuacji. Zaraz więc dodał: - Ale nie dlatego, że to pańska forsa, tylko dlatego, że fajnie jest mieć tyle szmalu.
    Mężczyzna w fotelu skinął głową.
    - Też tak uważam - zgodził się. - Ale to w żaden sposób cię nie usprawiedliwia.
    Sięgnął ręką za siebie i z kabury przy pasie wydobył pistolet. Wymierzył w przerażonego Thomasa.
    - Właściwie powinieneś się cieszyć, że tylko tak się to skończy - powiedział całkiem poważnie. - Jeszcze nie tak dawno temu, za taką zniewagę zabijałbym cię przez tydzień, bawiąc się przy tym jak nigdy. A dziś
    Uniósł broń.
    - Dziś jest inaczej.
    Pociągnął za spust.
    Rozległ się suchy trzask, po którym w pokoju zapanowała absolutna cisza. Dwóch mężczyzn wpatrywało się w siebie, obydwaj zaskoczeni, z tym że tylko po jednym z nich było to widać. Drugi powoli opuścił broń i uśmiechnął się.
    - Mam nadzieję, że to będzie dla ciebie nauczką. - powiedział, jakby wszystko szło po jego myśli. Wstał obrócił się na pięcie i ruszył do wyjścia.
    Nagle zatrzymał się w pół kroku i zerknął na pusty parapet. Powiódł wzrokiem po pomieszczeniu. To, czego szukał, leżało na fotelu, na którym przed chwilą siedział. Szary pluszowy miś. Siedział spokojnie i prosto, a obie łapki miał ukryte za plecami. Uśmiech na twarzy mężczyzny poszerzył się.
    - Mogłem się domyśleć - mruknął do siebie.
    Podszedł do fotela i podniósł Misia. Tak jak się spodziewał, za jego plecami leżały naboje kaliber dziewięć milimetrów. Zawartość całego magazynka plus jeden. Pluszak znał się na rzeczy.
    - Tęskniłeś? - zapytał długowłosy mężczyzna i przyłożył misia do ucha. Zaśmiał się z odpowiedzi.
   
    ***
   
    Dopiero jakiś kwadrans po wyjściu mężczyzny Thomas odważył się poruszyć. Przeszedł przez pokój, stawiając ostrożnie krok za krokiem, jakby dopiero nauczył się chodzić. Jeszcze nigdy nie był tak blisko śmierci. Drżał na całym ciele.
    Nie oglądając się za siebie wyszedł z pokoju, zamknął go i zaniósł klucz do recepcji. Na swoje szczęście rachunek zapłacił z góry, więc zostało mu już tylko pożegnać się z rodakami i udać w drogę.
    Nie miał pojęcia, co będzie teraz porabiał, jednak zbytnio się tym nie przejmował. Bo to nie było tak naprawdę ważne. Spotkał się ze śmiercią i dzięki, teraz to zrozumiał, aniołowi zaklętemu w pluszowej maskotce, przetrwał. Oto powód do radości. Prawdziwa okazja, by zmienić swoje życie.
    W samochodzie znalazł plik obligacji, który dzień wcześniej wyjął, by wymienić go w banku na gotówkę. Było tego z dziesięć tysięcy. Zdaniem Thomasa kwota doskonała na początek. Czegokolwiek...
    Zaczął od kupienia misia.
Koniec
Podyskutuj o tym opowiadaniu na naszym forum.
|