# pokoje
H.P. Lovecraft
Dean Koontz
Stephen King
G. Masterton

  # 99% grozy
wydawnictwo CN
artykuły
wywiady
zagraniczne bestsellery
fragmenty
prasa - recenzje
artykuły prasowe
galerie
ostatnio wydane
zapowiedzi
download
strona główna

  # zapraszamy
Forum
Wypowiedz się, zapytaj, ochrzań, pochwal

  # prasa
"Sylwetka pisarza - Dan Simmons" - artykuł z czasopisma Fenix, 3/1998

    W niewielkiej Peorii, 4 kwietnia 1948 roku urodził się Dan Simmons, a dorastał w kilku miasteczkach stanów Indiana i Ilinois. Atmosferę tych miejsc wykorzystał w swoim horrorze Summer of Night. Obecnie także mieszka w niewielkim Brimfield. Ukończył Wabash College w Indianie, a swoją żonę Karen spotkał na wykładach filmowych, na które uczęszczał w Nowym Jorku. W 1974 roku przeprowadził się do Colorado, gdzie spędził 16 lat, ucząc w szkole podstawowej oraz prowadząc zajęcia dla utalentowanych dzieci.
    Córka Simmonsa, Jane, przyszła na świat 15 lutego 1982 roku, tego samego dnia ukazało się w magazynie "Twilight Zone" jego pierwsze opowiadanie, zatytułowane The River Styx Runs Upstream.
    Kilka wcześniejszych opowiadań sprzedał do pism "Galileo" i "Galaxy", ale oba upadły, zanim zdążyły je opublikować. W 1981 roku wziął udział w warsztatach literackich dla początkujących pisarzy w Colorado Mountain College, gdzie Edward Bryant i Harlan Ellison zwrócili uwagę na jego opowiadania i skłonili, by wziął udział w pierwszym konkursie magazynu "Twilight Zone". Wygrał i w ten sposób przeszedł do historii.
    Przez następnych kilka lat publikował mikropowieści i nowele w piśmie "Omni", a niektóre z nich rozwinął do rozmiarów powieści.
    Jego pierwsza książka z gatunku horroru Pieśń bogini Kali w 1986 roku zdobyła Fantasy Award w kategorii powieści. Za następną Charrion Comforł (1989) otrzymał nagrodę Stoker Award w 1990. Niemniej to rok 1989 był rokiem pod znakiem Simmonsa, opublikował wówczas dwie książki: Fazy grawitacji (powieść głównonurtową) oraz - najważniejszą dla całej jego kariery - Hyperion, zwycięzcę nagrody Hugo w 1990 roku.
    Hyperion i sequel Upadek Hyperiona otrzymały nagrodę "Locusa". Następnie Simmons powrócił do horroru w Summer of Night (1991) oraz Children of Night (1992), a potem w Fires of Eden (1994), za co otrzymał nagrodę "Locusa" w 1995 roku. W tym samym czasie ukazał się Wydrążony Człowiek, powieść z gatunku metafizycznej SF. Potem nastąpił powrót do świata Hyperiona w powieściach Endymion (1996) oraz The Rise of Endymion, która jest zakończeniem cyklu. Jego krótkie utwory zostały zgromadzone w zbiorze Prayers to Broken Stones (1991) a pięć mikropowieści w zbiorze Lovedeath (1993).

    Dan Simmons wierzy, że najlepsza SF ma silny związek z naszym humanizmem i osobistym doświadczeniem.
    Siedmiolatek Simmons tak bardzo ukochał SF, że zasiadł do starej, ojcowskiej maszyny do pisania typu Underwood, by mozolnie wystukać na niej własny utwór należący do tego gatunku.

    Szczególnie zapamiętałem uczucie chwały towarzyszące pisaniu tej pierwszej historii science fiction. Byłem w trzeciej klasie i pokazałem ją mojemu nauczycielowi, mówiąc: "Tak będzie wyglądała podróż na Księżyc".
    Poinformował mnie raczej głośno, że ludzie nigdy nie polecą na Księżyc. Coś takiego nie może się wydarzyć. Sorry.
    A teraz, kiedy odwiedzam szkoły podstawowe, by opowiedzieć dzieciom, jak zostać pisarzem, przede wszystkim mówię: "Piszcie dla innych dzieci. Nie pokazujcie tego nauczycielom". Ponieważ w czwartej klasie, pisząc różne historie, rękopisy dawałem do czytania moim kumplom z klasy. Myślę, że obserwowanie, jak czytają to, co napisałem, miało zasadnicze znaczenie dla mojego rozwoju i wpłynęło na to, że zostałem pisarzem.
    Zauważyłem też, że w twórczości dziecięcej zachowała się tradycja ustnego przekazywania opowieści.
    Kiedy byłem nauczycielem, zorientowałem się, że nastolatki często pytają: Kto właściwie lubi science fiction ?
    Zawsze imponował mi Bill Cosby, człowiek, który nie chciał być w życiu popychadłem, a nie mógł być twardzielem, więc został komikiem. A ja, kiedy byłem chłopcem, uruchamiałem wyobraźnię we wspólnych zabawach, bez względu na to, czy byliśmy akurat żołnierzami, kowbojami czy kimś innym. Mówiąc językiem telewizyjnym, dawałem im scenariusze. W tym sensie bardzo wcześnie stałem się gawędziarzem.
    Każdy pisarz we wczesnym dzieciństwie był zapalonym czytelnikiem, ja również. Pierwszą prawdziwą książkę przeczytałem kiedy miałem sześć lat - to była Wyspa Skarbów. Pamiętam też, że czytałem powieść science fiction A. Bertrama Chandlera, którą podwędziłem bratu. Zafascynowała mnie w niej scena, która opisywała, jak ktoś wymiotuje z powodu stanu nieważkości, i zrozumiałem, że to rodzaj literatury, który do mnie przemawia.
    Po ukończeniu edukacji porzuciłem literaturę na czas dłuższy. Nie czytałem żadnej fantastyki przez kilka lat - także Stephena Kinga, który akurat się pojawił i stał swoistym fenomenem. Dopiero kiedy sam podjąłem starania, by wydrukowano moje prace, powróciłem do czytania fantastyki.
    Kiedy byłem nauczycielem, jedyną inspiracją stała się dla mnie opowiadana na lekcjach historia - w ciągu 182 dni, po pół godziny dziennie! Była to epicka opowieść, tak długa, tak skomplikowana, ukształtowana przez proces werbalnego opowiadania, że stała się dla mnie i, mam nadzieję, dla dzieci, które brały w tym udział, pamiętnym doświadczeniem. Moje dwie duże powieści SF Hyperion i Upadek Hyperiona są właściwie fragmentami tamtej, której słuchali uczniowie.
    Raz spróbowałem to spisać, ale zapisałem 300 stron i kiedy się zorientowałem, że całość zajmie jeszcze przynajmniej 5000, wtedy się poddałem. Nie zdołałem jej spisać, tylko tamci uczniowie poznali ją w całości.
    Dzieci są bardzo surowymi cenzorami, wychwytywały każdy błąd i każdą niekonsekwencję. Potrafiły mi wytknąć, że trzy miesiące wstecz bohater miał czerwony beret, a teraz raptem ma zielony. W całej klasie wisiały mapy, mieliśmy diagramy, rysunki, listy bohaterów i ich portrety wykonane przez uczniów. Dzieci zaścielały mapami całą podłogę i wspólnie śledziliśmy bohaterów podczas ich odysei. To dopiero była zabawa.

    Simmons próbował sprzedawać swoje utwory, ale bez rezultatu. Rozczarowany brakiem możliwości druku, zdecydował się porzucić swoje pisarskie ambicje. Na pożegnanie aspiracji literackich wybrał się na sześciodniowe warsztaty literackie w Colorado, gdzie spotkał Harlana Ellisona i Eda Bryanta, którzy zachęcili go do ponowienia prób.

    Harlan i Bryant opowiadali wielokrotnie o tym spotkaniu, usiłując je rozdąć do epickich rozmiarów, i to było bardzo dramatyczne. Ale wszystko, co Harlan robi, wydaje się dramatyczne.
    Kiedy słyszę, jak opowiada ludziom, że mnie odkrył, zawsze przypominam mu, że wiedziałem, gdzie jestem. To zupełnie jak z Kolumbem odkrywającym Amerykę. Ja byłem tym Indianinem, który doskonale wiedział, gdzie jest i co ma robić, zanim odkrywca się pojawił, wielkie dzięki. Ale to prawda, że mnie odkrył, bo zdecydował, że mam pisać.
    W rzeczywistości Ellison w charakterystyczny dla siebie uroczy sposób wrzeszczał: "Jeżeli Simmons zrezygnuje, osobiście rozwalę mu nos".
    Oto jakim bywa dyplomatą. Tyle że potraktowałem tę groźbę całkiem poważnie. Znałem go już ze cztery dni i wiedziałem, że jeżeli Harlan komuś grozi, to nigdy nie żartuje. Ale rozumiałem też, że w ten sposób chciał mi powiedzieć, iż pisanie to priorytet, a cała reszta to sprawy drugorzędne. Nie miałem wyboru.
    Zanim zostałem pisarzem, podróżowałem po Indiach z ramienia Fundacji Fullbrighta razem z grupą nauczycieli. Wiedziałem, że chcę napisać o Indiach. Kiedy odwiedziłem Kalkutę, zdecydowałem, że przedstawię to miasto jako potwora. Najpierw napisałem artykuł, a potem opowiadanie, które zaczęło się rozrastać. Skracałem je, ale ono było zdecydowane zostać powieścią. No i tak ją napisałem.
    Pieśń bogini Kali jako jedyna powieść debiutancka otrzymała World Fantasy Award w 1986 roku. Opisuje losy dziennikarza, który jedzie do Kalkuty wraz ze swoją żoną, pół Angielką, pół Hinduską, oraz córką na poszukiwanie słynnego niegdyś poety. Wszyscy twierdzą, że starzec nie żyje, ale to co wydaje się jego pracami, okazuje się tylko cienką warstewką, pod, którą kryje się tajemnica. Odkrywanie jej pozwoli dotrzeć do fantastycznej warstwy, zawierającej kult śmierci bogini Kali, zlikwidowany przez Brytyjczyków w 1850, jednak wciąż tlący się w konspiracji.

    Książka została opublikowana jako horror, ale Simmons niezupełnie tak ją widzi.

    Wiem, że to jest taka huśtawka od wydarzeń nadprzyrodzonych, aż na samą granicę niewytłumaczalnego, lecz włożyłem wiele wysiłku, by sprawić wrażenie, że nic nadprzyrodzonego w gruncie rzeczy się nie wydarzyło. Wszystko w Pieśni bogini Kali można wytłumaczyć. Sprzedają to jako horror, ale mnie osobiście nigdy jakoś nie przeraził, a potem dali temu World Fantasy Award i dopiero teraz drapię się w głowę.
    Ta nagroda szczególnie mnie ucieszyła, bo tak niewielu ludzi czytało tę książkę. Pojawiła się i zniknęła jak większość debiutów, ale nagroda to rzecz namacalna. Mogę jej dotknąć w każdej chwili i wiem, że napisałem książkę.
    Jednym ze szczególnych dokonań powieści jest opis Kalkuty jako kotła, w którym warzy się nie kończące się okrucieństwo i przemoc. Nie jest to zwykły mroczny thriller, tylko komentarz na temat narastającej fali przemocy we współczesnym świecie i naszej rosnącej zdolności do tolerowania jej. Większość zdarzeń opisanych w książce widziałem na własne oczy albo słyszałem z pierwszej ręki w różnych częściach kraju.
    Nie zakładałem, że Pieśń bogini Kali będzie powieścią. Nie byłem jeszcze na to gotowy. Zamierzałem napisać opowiadanie i zacząłem przycinać fabułę ze wszystkich stron. A potem poddałem się i uznałem, że muszę napisać powieść z zaskakującym zakończeniem. Jej bohater, łamiąc wszelkie schematy literackie, rezygnuje z zemsty za straszliwą krzywdę wyrządzoną jemu i jego rodzinie. Odmawia dołączenia do kręgu bezsensownej przemocy, który go otacza
    To zakończenie, które uformowała tragedia, miało większy wpływ na powstanie powieści niż jakiekolwiek pragnienie podzielenia się impresjami z podróży do Indii. Ale wówczas gdy doprowadziłem powieść do tego punktu, nie chciałem takiego zakończenia, zwłaszcza opisywania tragedii przydarzającej się siedmiomiesięcznemu dziecku, ponieważ w tym czasie moja córka miała siedem miesięcy. Pamiętam dzień, kiedy musiałem napisać scenę śmierci niemowlęcia. Poszedłem w góry i przez cały dzień krążyłem po okolicy, usiłując wymyślić inne ukończenie, bardziej satysfakcjonujące i zarazem bardziej znośne dla czytelników. A potem wróciłem do domu i napisałem ostatnie trzy rozdziały w pierwotnej formie.
    Od tamtej pory zawsze tak robię, zwłaszcza gdy bohater ma umrzeć. Wychodzę samotnie i rozważam, co się wydarzy. Czasami zmienia to koncepcję, ale w tym przypadku wiedziałem, że nie może się potoczyć inaczej.

    Rok 1989 był dla Simmonsa przełomowym rokiem, kiedy to opublikował trzy powieści w krótkim czasie.

    Szczerze mówiąc, nie byłem przerażony, publikując trzy powieści tak szybko jedną po drugiej.
    Z powieścią Charion Comfort, którą rozwinąłem z opowiadania publikowanego w "Omni", czekałem kilka lat, usiłując sprzedać ją w pierwotnej formie. Gdybym od razu zgodził się na zmiany, których życzył sobie wydawca, wszystkie te książki byłyby rozdzielone w czasie.
    Porzuciłem nauczanie, miałem kilka umów i zamierzałem zostać profesjonalnym pisarzem. W efekcie przez następne dwa lata nie miałem żadnych dochodów, zważywszy, że musiałem odkupić Charrion Comfort od wydawcy, bo chciał ją pociąć. To znaczy wydać w dwóch, trzech tomach, czyli zrobić wszystko, żeby ją zniszczyć. Więc zebrałem oszczędności i odkupiłem własną książkę. Ostatecznie ukazała się bez zmian wydawcy. I dzięki temu był taki efekt.

    W Charrion Comfort Simmons ponownie rozważa problem przemocy. Akcja koncentruje się wokół grupy starych ludzi, którzy spotykają się na dorocznym zjeździe. Wydają się bezradni, ale okazuje się, że wszyscy są byłymi funkcjonariuszami hitlerowskiego obozu zagłady i wykorzystują siłę psychiczną, która umożliwia im kontrolowanie innych. W tym wypadku etykietka horroru wydaje się bardziej na miejscu.

    Tak, to jest horror, zawiera zdecydowanie wstrząsające aspekty. Są tam elementy, które mogą być interpretowane jako nadprzyrodzone, takie jak ludzie kontrolujący umysły innych. Ale można też patrzeć na to jak na science fiction - telepatia, kontrola umysłów i tym podobne. Pierwotnie zakładałem, że to będzie powieść przygodowa z suspensem.
    Byłem zadowolony z "Charion Comfort" w jego krótkiej wersji, ale ta historia ciągle do mnie powracała. Wciąż myślałem o niektórych bohaterach, zwłaszcza o Melanie Fuller, miłej siedemdziesięcioośmioletniej pani, która w gruncie rzeczy jest przerażającym potworem.
    Melanie bowiem siedziała w fotelu i robiła na drutach w chwili, gdy wysyłała mentalne rozkazy popełnienia morderstwa. Była kimś, kto naprawdę sprawuje nad innymi absolutną władzę. No i nadal tkwiła we mnie.
    Nie wiedziałem, jak bardzo ta historia się rozrośnie, że zdominuje moje życie prywatne na półtora roku. Doszło do tego, że nie mogłem powiedzieć Charrion Comfort przy mojej żonie. To był bolesny czas; wszystko zostało poświęcone dokończeniu książki, a zarazem zdecydowanie najbardziej intensywny twórczo okres, jaki przeżyłem.

    Następna powieść to Fary grawitacji, głównonurtowa . Opowiada o losach byłego astronauty z projektu Apollo, usiłującego odnaleźć cel w życiu, podporządkowanemu dawno minionemu programowi kosmicznemu.

    Napisałem tę książkę, ale nie byłem zadowolony. Wiedziałem, że czegoś w niej brakuje. Wtedy nastąpiła katastrofa Challengera, a ja napisałem ją od nowa. Ostatecznie, kiedy filozoficzne deliberacje protagonisty na pustyni współbrzmiały z deliberacjami NASA na temat katastrofy promu, zaczęło to mieć sens.

    Simmons uważa, że grafika okładki daje złe wyobrażenie o zawartości książki. Fazy grawitacji to nie SF. To powieść o tym, co wydaje się najbardziej w świecie nudne: o kryzysie wieku średniego.
    Dla mnie to było ekscytujące, ponieważ bohater jest najbardziej wrażliwą postacią, jaką do tej pory stworzyłem, i jego wrażliwość przewyższa moją własną, na ile to możliwe w wypadku fikcyjnej postaci.

    To, co może przyciągnąć miłośnika fantastyki, nie zawsze jest zgodne z propozycjami Simmonsa.

    Zmagałem się z zagadnieniami filozoficznymi, które mnie samemu wydawały się istotne. Całe życie mojego bohatera jest rodzajem symulacji. Nawet lądowanie na Księżycu, które przeżył piętnaście lat wcześniej, było symulacją. Ale po co? I oto, poważny pięćdziesięcioletni człowiek jest filozoficznym bankrutem i po prostu wędruje, usiłując znaleźć miejsce, z którego będzie mógł zacząć od nowa. Nie sądzę, żeby taki problem, mógł zainteresować czytelnika SF.
    Działo się to na konwencie fantastyki, podczas jednego z tych paneli, kiedy pytano rozmaitych pisarzy, dlaczego piszą fantastykę naukową.
    Wszyscy dawali raczej interesujące odpowiedzi, ale jeden, którego imienia nie pamiętam, powiedział: "Zacząłem pisać fantastykę naukową, bo chciałem być pisarzem. Miałem piętnaście lat i nie znałem życia. Nigdy nie uprawiałem seksu, nigdy nie zarobiłem żadnych pieniędzy, nie wypełniłem deklaracji podatkowej, nie umiałem zawiązać krawata i oto zabierając się do opisywania życia, co najwyżej mogłem opisać, jak matka usiłuje mnie zmusić do posprzątania pokoju. W tej sytuacji łatwiej było tworzyć fantastykę naukową. Gdybym chciał opisać prowadzenie samochodu, to narobiłbym błędów, bo nigdy żadnego nie prowadziłem, ale mogłem prowadzić pojazd odrzutowy. Mogłem prowadzić statek kosmiczny". - Trochę się rozgadałem, ale uważam że w fantastyce jest zbyt wiele takich progów. Oto o czym piszemy kiedy nie piszemy o życiu.
    Kiedy autor wciąż tworzy tę samą fikcję, jaka zainteresowała go w dzieciństwie, to - moim zdaniem - robi unik. Nie można przetrwać w tym biznesie, jeśli się nie dorośnie. Część fantastyki, którą czytałem w dzieciństwie, była cudowna, ale SF dla dorosłych również mnie pociąga.

    Jego "SF dla dorosłych" to cykl Hyperiona. Hyperion i Upadek Hyperiona, aktualnie jedna długa książka podzielona na części, wzięła swój tytuł od nie dokończonego wiersza Keatsa, a strukturę z Opowieści Kanterberyjskich Chaucera. Opowiada o tym, jak w odległej przyszłości ludzkość buduje sieć sztucznej inteligencji, która zechce wchłonąć a nawet zniszczyć swych twórców.

    Dla mnie była to zawsze jedna opowieść, ale wiedziałem, że zostanie opublikowana w dwóch częściach. Nie zamierzałem walczyć, by wydano ją w jednym tomie. Miałem już za sobą dwuletnią wojnę pozycyjną o Charrion Comfort i nie zamierzałem tego powtórzyć.
    Znamy ostrzeżenia na paczkach papierosów: "Palenie albo zdrowie, wybór należy do ciebie". Chciałem, żeby wydając pierwszą część Hyperiona, wydrukowali takie ostrzeżenie dla czytelnika, że historia rozpoczęta w tym tomie będzie kontynuowana w Upadku Hyperiona. Mieli to umieścić na okładce, ale kiedy książka wyszła, okazało się, że zastąpili ostrzeżenie tekstem reklamowym. Dostałem szału.
    Zabrzmi to arogancko, ale Hyperion ukazał mi rozmiar zagadnień, które mnie interesują. Ogrom płótna, poza zużyciem ogromnych ilości farby, nie jest gwarancją dobrego obrazu. Ale czasem jestem ciekaw granic swojej odporności, kiedy drążę rozmaite tematy i sprawdzam, jak wiele wątków się z tym łączy. Muszę planować bardzo ostrożnie, ale tylko dlatego, by się nie pogubić we własnych bizantyjskich intrygach.
    Hyperion to pierwsza książka, którą wysyłałem fragmentami, znieważ ilustrator musiał ją przeczytać, a dyrektor handlowy czytał te części, w miarę jak je przysyłałem. Kiedy napisałem prawie dwie trzecie powieści, zadzwonił telefon: "Czy ty wiesz, jak to się ma skończyć? Zamierzasz jakoś powiązać te wszystkie wątki razem"? Odpowiedziałem: "Oczywiście!, a potem odłożyłem słuchawkę i pomyślałem: "O Boże!". Nie miałem zielonego pojęcia, jak to wszystko połączyć. Ale się połączyło. Jednym z powodów, dla których tak się stało, były wystarczająco solidne postacie, i to pomogło mi doprowadzić rzecz do końca. One wiedziały, co robić, nawet jeżeli ja sam nie byłem pewien.
    Kiedy wymyślałem imiona postaci i miejsc, zapisywałem je na kawałku papieru i przylepiałem na ścianie. W pewnym momencie inwazja ruszyła, a ja dosłownie zostałem zmuszony do stworzenia map mojego małego wszechświata. Musiałem wiedzieć, kiedy ci międzygwiezdni najeźdźcy opuścili konkretny system gwiezdny z prędkością x razy większą od światła - więc tworzyłem diagram. Musiałem wyrysować pełnowymiarowe dobre plany z falami najeźdźców i opatrzyć datami. Ale nie było w tym wszystkim przypadku. Po prostu musiałem widzieć, co się wydarzy, i starałem się to zapamiętać.
    Przede wszystkim skoncentrowałem się nie na pisaniu ogromnej powieści, ale na stworzeniu szybkiej, błyskotliwej historii, która zmusi, by się ją czytało z zapartym tchem. Jako czytelnik nie doświadczałem zbyt często takich emocji. Większość moich ulubionych wielkich powieści miała martwe strefy, ale czytając, nigdy się tym nie przejmowałem. Jeżeli nawet akcja akurat nie posuwała się naprzód, pilnowałem, żeby przyświecał mi taki imperatyw. To była najtrudniejsza część pracy nad książką.
    A jaki rodzaj uczucia starałem się wywołać? Mam bardzo zdecydowany pogląd na tę sprawę. Kiedy miałem dziewięć lat, mój starszy brat przyszedł do domu na Boże Narodzenie i przyniósł mi trzy wielkie pudła Ace Science Fiction Doubles oraz egzemplarze "Fantasy & Science Fiction" i "Astounding". Byłem wniebowzięty. Dosłownie oszalałem. Pamiętam czytanie tych książek i magazynów aż do samej wiosny.
    Taką orgię czytania jak po owej Gwiazdce i wstrząsające uczucie nieoczekiwanego bogactwa chciałbym zafundować czytelnikowi za pomocą Hyperiona.

    Pisze horror, fantasy i SF. Zapytany: Czy oprócz Summer of Night i zapowiadanej powieści o wampirach planuje teraz więcej horrorów? - odpowiada:

    Nie, w gruncie rzeczy nie. Chcę mieć przyjemność z pisania, dlatego przemierzam gatunki i czerpię z nich. To jeden z celów, które sobie zamierzyłem, postanawiając zostać pisarzem. Razem z agentem podjęliśmy kilka decyzji, które z początku były bolesne, ale teraz wychodzą mi na dobre. Jedną z nich jest to, że piszę, co chcę. Druga to niezawieranie kompromisów z przyczyn komercyjnych, niezgadzanie się na zaszufladkowanie i powielanie wzorców. Trzecia to zachowanie kontroli nad tym, jak moje książki są wydawane i rozprowadzane. To trudne, bo człowiek jest tak szczęśliwy, że wydano jego książki, iż najchętniej wlazłby do swojej niszy i tam został. Przypomina to małą wspinaczkę po górach. Tak łatwo zawrócić, kiedy już osiągnąłeś jakiś szczyt. Ale ja zamierzam iść dalej.
    The Rise of Endymion to absolutnie ostatnia książka z cyklu Hyperiona. Może nie ostatnia rzecz, jaką napiszę, bo chciałbym jeszcze napisać mikropowieść, ale zdecydowanie ostatnia powieść. Mam wobec niej uczucie, którego się spodziewam zaznać, kiedy kończę pracę. Mogę nie wiedzieć, skąd się wzięło, ale je znam.
    Czasami spotyka się nieuczciwe zagrania, kiedy autor kontynuuje opowieść, a ty odkrywasz, że pojawiają się jacyś wątpliwi narratorzy, albo coś, co powinno być wyjaśnione, pozostaje nadal zagadką. Mnie samego jako czytelnika to irytuje, ale zastosowałem podobny manewr w Upadku Hyperiona, pewne rzeczy w Hyperionie nie są takie, jak wydawało się w pierwszej chwilii. I muszę powiedzieć, że w The Rise of Endymion jest tego więcej. Mam nadzieję, że nie są to nieuczciwe sztuczki, a dzięki tym zabiegom czytelnik będzie miał pełną perspektywę wydarzeń, które opisałem w trzech poprzednich książkach. Chciałbym, aby ostatnia książka niczym potężny reflektor oświetliła niektóre mroczne obszary trzech poprzednich. Nie powiąże może wszystkiego w sposób oczywisty, ale uczyni to bardziej zrozumiałym.
    Choć dwie pierwsze książki łączy fabuła, to ostatnie dwie, jakkolwiek są częściami Wielkiej Opowieści, nie są linearnymi kontynuacjami. Upływa trzysta lat między wydarzeniami z końca drugiej książki a początkiem trzeciej. Oczywiście, wielu bohaterów powróci, jeśli się dysponuje podróżami w czasie, taka możliwość zawsze istnieje. Kiedy rozpoczynałem Endymion, wiedziałem, że nie chcę by seria była trylogią, a ponieważ nie można jej było wydać w jednym tomie, więc musiała zostać rozcięta na dwie części i zakończona w The Rise of Endymion. To jedna opowieść w dwóch potężnych tomach, ale każda książka podaje inną możliwość
    Tym, co mnie najbardziej interesowało w całej serii, to swego rodzaju expose na temat świętości, niekoniecznie w sensie duchowym. W pierwszej części Hyperiona krytyków przede wszystkim wzburzyła idea, że miłość jest podstawową mocą wszechświata. Jeden z nich spytał: "Czy jemu się wydaje, że jest Johnem Lennonem?". Przyjąłem to jako wyzwanie i uczyniłem z tego główny temat ostatnich dwóch książek. Endymion tworzy duszę historii miłosnej, którą próbowałem opowiedzieć. Nawet jeżeli jedna z postaci jest dobrze po dwudziestce, a druga ma dwanaście lat. To historia, za której opowiedzenie można zostać natychmiast aresztowanym, ale o tym właśnie jest. Chciałem przekazać ideę, że miłość jest czymś więcej niż tylko afektem, który pojawia się i zanika. Miłość to coś trwałego, co jest produkowane w fabryce wszechświata. Prawdopodobnie to równie poważne jak moje podejście do filozofii.
    Książka przypomina kamień muskający powierzchnię wody. Jeśli rzucisz kamieniem 20 razy, to choć ślizga się po powierzchni, dotknie jednak odrobiny filozofii. Są w niej tematy filozoficzne Johna Keatsa, jest w niej idea Teilharda de Chardina ewolucji biegnącej do "punktu omega", jest trochę apologezy chrześcijańskiej.
    Religia zawiera wątpliwości i wszystkie musisz rozstrzygnąć, wszystkie rozważyć, ale większości nie możesz rozgryźć. Każdy głęboko wierzący, nie ślepo posłuszny, musi z tymi wszystkimi nie rozstrzygniętymi tajemnicami sam się uporać.
    Dlatego Kościół katolicki fascynował mnie i w dzieciństwie, i teraz. Jest pełen tajemnic, nieznanego, a to w religii najistotniejsze i wciąż preferowane przez telewizyjnych kaznodziei.
    Usiłujemy oswoić transcendencję, podobnie jak wszystko inne. Podoba nam się sama idea, ale oczekujemy, że będzie bardzo prosta i bardzo wygodna, jak wibracyjna idea transcendencji. Wszystkie te wielkie niewytłumaczalne koncepty, nad którymi głowili się wielcy filozofowie XII wieku, a następnie załamali ręce i powiedzieli; "Tajemnica wiary, nie możesz tego wiedzieć", teraz według New Age są "harmonijnymi wibracjami", które kładą kres tajemnicy i dlatego nic nie są warte.
    Z drugiej strony, im jestem starszy, tym bardziej fascynuje mnie ekologizm, nie jako ruch, ale jako potężna, niemal święta moc ekologii jako koncepcji. Czytałem taką parafrazę Haldana: "Ekologia jest bardziej skomplikowana, niż sądzimy. Jest bardziej skomplikowana, niż w ogóle moglibyśmy pomyśleć", to esencja matematyki chaosu, czyż nie? Niewątpliwie ekologia jest najbardziej kompleksową rzeczą, którą możemy rozważać jako istoty ludzkie nawet na poziomie emocjonalnym: nasze relacje do innego życia i do Ziemi. W tym sensie moja książka jest celebracją ekspansji życia.
    Idea ekologii fascynuje mnie na wielu poziomach, wyprawy na łono natury są tak ważną częścią mojego życia, że chciałbym połączyć to z moją profesją nie jako kaznodzieja czy prozelita, ale pogodzić w inny sposób z niewiarygodną złożonością życia. Pływanie powietrzną łódką po Evergladach, czyż to nie dobra metafora umysłu pisarza? To wszystko, co kłębi się pod powierzchnią, wszystkie te mikro- i makrobiotyczne zjawiska, których nawet nie można sobie wyobrazić.
    Przygotowuję się ostatecznie do mojej powieści z Hemingwayem jako jednym z bohaterów. Będzie zatytułowana The Crook Factory i opisuje pracę Hemingwaya w grupie kontrwywiadu na Kubie w 1942 roku. Został amatorskim agentem, który na swoim 38-stopowym kutrze rybackim "Pilar" usiłuje odnaleźć niemieckich agentów i kadłub U-Boota. Pracowało dla niego 20 ludzi szpiegujących na Kubie.
    Ta powieść to zupełnie coś innego, niż robiłem do tej pory, nie to, co mnie zawsze pociągało. Nie ma w niej żadnej fantastyki, tyle że niektórzy bohaterowie są fikcyjni i wykorzystuję kilka autentycznych postaci historycznych, wtykając je w różne miejsca na potrzeby fabuły. Taka praca wymaga badań, a ja chcę, by 98% wydarzeń było autentycznych i dopiero wtedy umieszczę w nich elementy fikcji by wprawić je w ruch.
    Książka jest czymś więcej niż tylko historią szpiegowską. Mój fikcyjny bohater to agent FBI który pracuje dla SIS - grupy kontrwywiadu wyłonionej z FBI, podczas wojny. Specjalizuje się w wykurzaniu kretów - głęboko zakamuflowanych agentów, którzy zagubili się w swoich rolach. Zostaje przydzielony do Hemingwaya, oficjalnie, by mu pomóc, ale w rzeczywistości, by go szpiegować i upewnić się, że nie popełnia gaf jak FBI. Następnie zaczyna się interesować tym, kim jest Ernest Hemingway, ponieważ widzi osobnika, którego Hemingway wykreował, jego image, który odmienił na zawsze wizerunek pisarza, wie, że za tym kryje się ktoś inny, działa w ten sam sposób, w jaki rozpracowuje głęboko zakamuflowanych agentów. Na tym mi zależy i dlatego pozwalam, by Hemingway spotkał Gary Coopera o miesiąc wcześniej, niż spotkał go w realnym życiu. Dopóki Cooper zachowuje się jak Cooper, a Hemingway jak Hemingway, wszystko jest w porządku. Sposób, w jaki uzyskuję ten szpiegowski punkt widzenia, to spojrzenie poprzez głównego bohatera, Joe Lucasa, agenta FBI/SIS. Lucas to ktoś absolutnie amoralny. Jest bardzo sprytny, ale jego umysł wypełniony jest informacjami na temat różnych łudzi, których ci ludzie sami o sobie nie mają. Rzecz będzie opowiadana stylem szpiegowskim, tym irytującym tonem akt FBI, brutalną lawiną informacji o innych ludziach. Bohater wie, jak dalece to wszystko, co widzi, i co dzieje się wokół niego, znajduje się w drugim i trzecim planie, ponieważ tyle tam tajemnic. To naprawdę zabawne układać te wszystkie informacje krótkimi, rzeczowymi zdaniami, w sposób, w jaki Hemingway mógłby o tym myśleć.
    Krytycy pognębili Hemingwaya, a następnie zrehabilitowali. Malcolm Cowley zapoczątkował obronę Hemingwaya i wielu krytyków niechętnie przyznało, że pisarz był niezły w niektórych opowiadaniach. Hemingway to fenomen podobny do Fitzgeralda. Fitzgeralda nie dostrzegano za życia, krytycy ignorowali go ponad trzydzieści lat, ale powoli powrócił na należne mu miejsce. Z Hemingwayem było to jeszcze wyraźniejsze. Nie ma wątpliwości, że zmienił literaturę tego stulecia. Myślę, że to najoryginalniejszy amerykański stylista od czasów Marka Twaina. Malcolm Cowley prawdopodobnie ma rację: z Hemingwayem było podobnie jak z lwem, którego szakale obchodzą z daleka, nawet gdy umrze. Mogą obedrzeć go ze skóry i pozostawić nagie kości, ale nie są w stanie pokonać lwa.
    Tak wiele się zmieniło, odkąd zostałem profesjonalistą, przedtem wszystko było uporządkowane: najpierw byłem nauczycielem, a pisałem sobie na boku. Od 1987 roku nadal bywam w szkole, ale już jako gość, a to zupełnie coś innego. Utraciłem całą socjologiczną stronę zjawiska: dzieci, codzienne ubieranie się, całą tę energię. Nie wszystko się zmieniło, wiem, że nie tylko moje pasje i zainteresowania są takie same jak u zwykłego nauczyciela, ale i moje uczucia dotyczące tego, co ważne, zostały takie same.
    Kiedy przekraczasz pięćdziesiątkę, zaczynasz się zastanawiać, co jest ważne, co czytasz, bo zdajesz sobie sprawę że nie masz czasu na przeczytanie wszystkiego. Im dłużej piszę, tym ciężej pracuję i bardziej doceniam wysiłek. W 1983 roku, jeśli przejrzałem książkę, którą uznałem za bezwartościową, potrafiłem powiedzieć, że to śmieć i chętnie uzasadniałem dlaczego. Teraz już tak nie robię. Każdy, kto pracował wystarczająco ciężko, by stworzyć coś, co zostało wydane, musiał zainwestować, i ja najlepiej wiem, jak wiele. Inni mogą krytykować, ale nie ja. Być może, jestem bardziej uwrażliwiony na trud pisarza, ale nie zmienia to mego przekonania, że życie jest ważniejsze niż pisanie.
    Frtzgerald powiedział, że każdy pisarz ma od sześciu do dziesięciu doświadczeń życiowych, o których warto pisać, i po prostu pisze o nich w rozmaitych kontekstach. W ten sposób bowiem, kiedy zabierasz się do pisania, dysponujesz tym bogatym materiałem. Możesz swobodnie używać tych silnie emocjonalnych treści. Szukając tematu, on wciąż jest gdzieś w pobliżu. Fitzgerald powiedział również: "Przyczyna, dla której tak wielu ludzi, którzy chcieli zostać pisarzami, nie zostało nimi, jest taka, że ich to nudzi".
    To prawda, że robienie tego samego w kółko w beznadziejnym poszukiwaniu najlepszego sposobu przekazania tego, co się czuje, jest straszliwie nudne, ale taka jest dola pisarza.
    Może moja zdolność do nudzenia się jest niska, ale powracam do tych samych tematów. Wciąż je wariantuję.
    Cenię pisarzy literatury faktu, ale nie sądzę, bym mógł do nich dołączyć. Dlatego szukam fikcyjnego odpowiednika. Nie odrzucam horroru, po prostu chcę pisać o czymś innym, np. chciałbym napisać historię o duchach. Nigdy czegoś takiego nie napisałem. Mój jedyny problem polega na tym, że już ją napisano. The Haunting of Hill House jest, moim zdaniem, najlepszą opowieścią o duchach. Gdyby Shirley Jackson pozwoliła mi napisać sequel... Pomyśleć, że sam odrzuciłem wiele ofert robienia adaptacji albo dzielenia z kimś innym praw do postaci. Problem w tym, że nie sposób podrobić stylu Jackson. Ale gdybym jednak napisał opowieść o dudach, chciałbym, żeby była taka jak jej.

    Co się zmieniło w jego życiu, od kiedy zaczął pisać książki?

    Myślę, że nabrałem pokory. Może to chorobliwa skłonność, ale im dłużej pracujesz, tym mniej masz z tego satysfakcji. Nie powinienem upierać się przy zmienianiu gatunków - co powtarzam we wszystkich moich wywiadach, naprawdę nie powinienem. Cała moja SF zawiera elementy horroru, część tego, co jest uznane za horror, zawiera więcej SF niż czegokolwiek innego. Pracowałem nad stworzeniem własnego stylu i podłączałem go do rozmaitych gatunków, teraz kiedy książka jest skończona, próbuję odszukać w niej sygnały, które świadczą o rozwoju stylu. Prawdopodobnie jedynym powodem sympatii, jaką mam dla Hemingwaya, jest fakt, że był mistrzem zwięzłości. To jego wielki dar dla dwudziestowiecznej literatury. Ten prawdziwie poetyczny styl, bez ozdobników i tym podobnych. Nigdy się tego nie nauczyłem. Nie potrafię. W space operze mój styl jest tak cholernie kwiecisty! Ale kiedy piszę o czymś naprawdę ważnym, staje się znacznie prostszy niż ten, którego zwykle używam. Widzę to z książki na książkę.


skanował: don vittorio

Serwis "Carpe Noctem" oficjalnie rozpoczął działalność 1 września 2003
© copyright by "Carpe Noctem" 2003
Wszystkie prawa zastrzeżone
webmaster: Przemysław Romański
stat4u