# pokoje
H.P. Lovecraft
Dean Koontz
Stephen King
G. Masterton

  # 99% grozy
wydawnictwo CN
artykuły
wywiady
zagraniczne bestsellery
fragmenty
prasa - recenzje
artykuły prasowe
galerie
ostatnio wydane
zapowiedzi
download
strona główna

  # zapraszamy
Forum
Wypowiedz się, zapytaj, ochrzań, pochwal

  # prasa
"Mówi Jonathan Carroll" - artykuł z czasopisma Fenix, 6/1993

    Trzy razy w życiu stanąłem twarzą w twarz ze śmiercią - raz, kiedy pewien facet przystawił mi pistolet do skroni i odwiódł kurek, a był w takim stanie umysłu, że z łatwością mógłby mnie ubić. Coś wam powiem: nie ma na tym świecie nic, ale to absolutnie nic bardziej przerażającego niż świadomość, że zaraz się umrze - ot, tak [strzela palcami].
    Jeden rosyjski pisarz mówi, że cały czas śpimy. Budzimy się tylko w pewnych momentach życia. Miałem więc chwile, w których byłem absolutnie szczęśliwy, a w głowie zapalało mi się światełko, co oznaczało, że to jest właśnie rzeczywistość. To była jej dobra strona. Złą stronę odkrywa się wtedy, gdy jakiś facet przystawia człowiekowi do głowy magnum, słyszy się kilka trzasków i mówi się z niedowierzaniem: "To jest ta ważna chwila? Tylko tyle?"
    Dla mnie trzej najwięksi fantaści - nie artyści - wszechczasów wywodzą się z tradycji germańskiej. Mamy Hoffmanna. Mamy braci Grimm i Kafkę, a także kilku innych chłopaków na dokładkę.
    Na przykład Gűnter Grass. Uważam go za fantastycznego pisarza - nie w tym sensie, że jest dobry (jest dobry), ale że to jeden z wielkich pisarzy fantastyki dwudziestego wieku. Mówi się jednak o nim bardziej jako o pisarzu politycznym, pomijając to, co według mnie jest u niego cudowne. Znajoma czyta właśnie "Blaszany bębenek" i powiada, że jest on taki cudowny dzięki elementowi fantastyki. Oskar to bohater nie z tej ziemi. Fantastyka zaczyna się właśnie wtedy, gdy główny bohater albo główne miejsce akcji są nie z tej ziemi. I nieważne, o jakiej fantastyce się mówi - o statkach kosmicznych czy o Kafce. Gregor Samsa obudził się pewnego ranka jako owad. Jest nie z tej ziemi.
    Ci wielcy, wielcy pisarze wywodzą się z tradycji germańskiej, ale żyli dawno temu. Patrzymy na nich i mówimy: Mon chapeau - zdejmuję przed panem kapelusz (z szacunkiem) - bo dzisiaj już tego się nie robi.
    Pamiętam, że najbardziej przerażały mnie książki, w których bohater zadaje takie same pytania co ja, ale nie uzyskuje na nie odpowiedzi.
    Bardzo prostym przykładem jest tu książka, za którą, o dziwo, nie przepadam, ale która od razu przychodzi mi na myśl: "Zamek" Franza Kafki. Można spojrzeć na nią jako na metaforę, w której bohater usiłuje znaleźć Boga, więc ciągle próbuje dostać się do zamku, lecz nigdy mu się to nie udaje. Całe życie myślę o Bogu i o tym, czy o to właśnie chodzi - widać Go, ale nie można do Niego dotrzeć, co tylko zwiększa frustrację. To mnie przeraża. To mnie naprawdę bardzo przeraża.
    Na jednym biegunie mamy nieuniknione egzystencjalne przeznaczenie Kafki, a na drugim - pełne dramatyzmu bestsellery Stephena Kinga. Osobiście uważam, że jeśli ktoś jest tak popularny, to musi znać się na swojej robocie. Nie czytałem wszystkichich książek Kinga, ale zrozumiałem, dlaczego odnosi takie sukcesy.
    King tworzy horrory z powszednich rzeczy. Posługuje się takimi rekwizytami, jak lodówka i kanapka z serem. Jest o bardzo odległe od typowych produktów przemysłu horrorowego - pełnych sztucznej krwi i w rezultacie całkowicie szablonowych. King często jest wzruszający i głęboki.
    Właściwie nie podobają mi się horrory - książki i filmy - bo jakoś nieszczególnie wierzę w potwory. Największym potworem, jakiego znam, jest śmierć.
    Właśnie pół godziny temu w mojej najnowszej książce napisałem taką scenę, w której ginie pies. Niezależnie od tego, czy lubi się zwierzęta, czy nie, to - jak powiedziałby Richard Pryor - jest właśnie to, o co chodzi. Podnosicie z drogi przejechanego psa, którego kochacie, i nie wiecie, co począć, bo on nie żyje, i zaczynacie myśleć o takich rzeczach, jak: "Co mam zrobić z trupem?" Nagle zwierzę, które przed dwudziestoma minutami tyle dla was znaczyło, stało się "tym czymś". Myślicie: "Jak mam się go pozbyć? Mam go spalić? Pochować? Co mu jestem winien?" To jest prawdziwy horror.
    Kiedyś przez rok uczyłem twórczego pisania. Studenci z maniackim uporem produkowali brutalne, przerażające opowiadania pełne obciętych głów, gwałtów i przedawkowywania narkotyków. Jednak na końcu często nie potrafili wymyślić innego sposobu wydobycia się z bagna krwi, jakie powołali do istnienia, niż napisać: "Kate odwróciła się na drugi bok i dotknęła włosów śpiącego obok niej mężczyzny. Dzięki Bogu, to był tylko zły sen". Ich horror dawał się spokojnie opanować. W rzeczywistym życiu, po gwałcie czy śmierci, nie da się tego zrobić. Horror wtedy nie ma końca. W "Voice of Our Shadow" włożyłem w usta pewnej postaci słowa: "Czyjaś śmierć to jak wchodzenie na dobrze znane schody, w których nagle zabraknie jednego stopnia". BUM. Przez resztę życia potykasz się właśnie w tym miejscu. To jest prawdziwy horror. Schody z brakującym stopniem. A jak powiedział Calvino, kiedyś osiąga się w życiu taki punkt, że umiera więcej znajomych, niż chodzi ich po świecie. W miarę starzenia się idąc po schodach trzeba robić coraz większe kroki, bo tylu brakuje już stopni. To jest właśnie horror.
    Mój ojciec zmarł przed rokiem po dwóch latach straszliwego bólu. To okropne. To jest właśnie horror. Jedynym prawdziwym horrorem jest ból lub śmierć kochanej osoby. Koniec, kropka.
    Bardzo często moi czytelnicy mówią: "Ogromnie mi się podobała pierwsza połowa. Była cudowna. Opowieść była kapitalna, ale kiedy zaczęły się te szaleństwa, pogubiłem się". Z całą pewnością to cenna krytyka, tylko że czytelnik spodziewał się romansu czy powieści realistycznej, a dostał mówiące psy. Myślał sobie tak: "Nie, to niemożliwe. W powieści realistycznej psy nie mówią. Dlatego jest to fantastyka. Nie lubię fantastyki, więc nie będę czytał tego dalej".
    Kiedy czyta się jakąś książkę, to zasadniczo zawiesza się swój świat i przyjmuje się świat książki. Nie można stosować swoich zasad do książki, bo ona tworzy własną rzeczywistość. Czy jest to rzeczywistość Tolkiena z hobbitami, czy Tołstoja z Anną Kareniną, zawiesiło się swój świat i nie można przenosić jego reguł do książki.
    Jeśli więc ktoś czyta jedną z moich powieści, w której dzieci wyfruwają przez okno, i mówi: "Ależ dzieci nie wyfruwają przez okna", ja odpowiadam: "Stop. Nie mówimy o twoim świecie. Mówimy o świecie tej książki i liczy się tylko to".
    Może się tak stać, że dzieci nie wyfruną przez okno dobrze. Można mnie za to krytykować - ale nie za to, że umieją latać.
    Często krytykuje się mnie także za uleganie modzie. Ktoś kiedyś powiedział mi coś naprawdę śmiesznego. Może powinienem był się zmartwić, a tymczasem uśmiałem się. Powiedział, że piszę horrory w stylu yuppie.
    Kiedyś pewien znajomy powiedział coś, co na zawsze utkwiło mi w pamięci. Spytałem go: "Czy istnieją ludzie, którzy potrafią chodzić po wodzie?" Odpowiedział: "Jasne". "A tacy, którzy potrafią latać?" Odparł: "Oczywiście". Zapytałem: "Dlaczego nam się nie pokazują?" A on na to: "Dlaczego ktoś tak zaawansowany w rozwoju miałby ci pokazywać, że umie chodzić po wodzie?"
    Akcja książki "Sleeping in Flame" rozgrywa się w Wiedniu, ale jest oparta na wydarzeniu, które przytrafiło mi się naprawdę. Ktoś, zobaczywszy zdjęcie na pewnym rosyjskim nagrobku, sfotografował go, bo mężczyzna na tamtym zdjęciu wyglądał dokładnie tak, jak ja. Bardzo dziwne. Zrobiło mi się wtedy naprawdę zimno. Tylko że w "Sleeping in Flame" zdjęcie znajduje się na nagrobku w Wiedniu, na cmentarzu Centralnym.
    Sądzę, że niezależnie od tego, czy wierzy się w duchy, czy też nie, ludzie bezsprzecznie kontynuują swe życie po śmierci, choćby tylko w pamięci innych. To znaczy, jeśli mamy dzieci, to one pamiętają o nas jeszcze długo po naszej śmierci. Moje książki zasadniczo posuwają się o ten jeden krok dalej, gdzie ludzie często dosłownie wracają zza grobu.
    Nie widziałem żadnego ducha i nie mam pojęcia, co się z nami dzieje po śmierci, ale uważam, że próbując zrozumieć, czym jest śmierć, prawdopodobnie postępujemy tak, jakby jedna komórka naszego palca usiłowała zrozumieć, czym jest całe nasze ciało.
    Kiedy mieszkałem w Ameryce, zaproponowano mi trzy posady nauczycielskie za granicą. Jedna była w Bejrucie, druga w Teheranie, a trzecia w Wiedniu. Dzięki Bogu wybrałem Wiedeń. Ponieważ jako osoba zasadniczo bardzo skryta, która nie lubi zawracania głowy zewnętrznymi problemami, stwierdzam, że mieszka mi się tu coraz wygodniej. Co ciekawe, im bardziej jestem znany, tym bardziej jestem zadowolony, że tu jestem, bo inni moi znajomi, którzy zdobyli pewien rozgłos jako pisarze, z wielkim trudem egzystują w kulturach, które nie chcą zostawić ich w spokoju.
    Jeśli mieszka się w Ameryce, to Amerykanie mają bardzo zły zwyczaj sądzić, że skoro jest się dobrze znanym, to się do nich należy. Więc jeśli widzą kogoś takiego w telewizji albo czytają o nim artykuł w jakimś czasopiśmie czy spotykają go na ulicy, są przekonani, że jest im coś winien. Natomiast w Europie, gdzie jestem lepiej znany i przyjmowany niż w Stanach Zjednoczonych, sprawa wygląda inaczej. Uwielbiam, jak zostawia się mnie w spokoju.
    W "Krainie Chichów" umieściłem cytat, który nie pojawił się w wydaniach niemieckich. Pochodzi on z Flauberta i brzmi: "Bądź drobnomieszczański w życiu, żebyś mógł być szalony w pracy". W takim sensie ja też jestem bardzo drobnomieszczański. Jestem człowiekiem, który przesiaduje w domu i pisze książki. Nie latam na szybowcach, nie skaczę ze spadochronem i nie zażywam czystej kokainy, gdy nadarza się okazja. Mam zbyt wielką obsesję zrobienia tego, co jest dla mnie ważne. Jestem zbyt zaangażowany w pisanie, żeby za daleko wypuszczać się w inne niebezpieczeństwa.
    Większość niebezpiecznych sytuacji przytrafiła mi się w młodości. Jako chłopiec byłem nieletnim przestępcą. Stale wpadałem w jakieś kłopoty z policją. Miałem też przyjaciela, który był najbardziej magicznym złym duchem, jakiego znałem. Zginął później w strzelaninie z policją.
    Musiałem kiedyś o nim napisać, bo taki był fascynujący. Bardzo zły i bardzo cudowny, a ta kombinacja jest naprawdę niebezpieczna. Ja też byłem złym chłopcem, ale on był szalonym złym chłopcem. Brzmi to po wariacku, ale wtedy, w młodości, szczególnie w jego towarzystwie, siedziało we mnie coś, co nagle mówiło: "Chodźmy na Main Street i postrzelajmy do ludzi". Maleńki, maciupeńki błysk zachwytu... ale potem znikał, ą ja mówiłem sobie: "Oszalałeś. Nie możemy tego zrobić".
    Lecz mój przyjaciel nie mówił tak po prostu: "Chodźmy postrzelać do ludzi". Powiadał: "Chodźmy i strzelajmy tylko do pięknych dziewczyn. Popatrzymy, jaki będą miały wyraz twarzy kiedy zobaczą, jak wyglądają". Zaczynałem mówić: "No, to jest coś", ale na szczęście wtedy włączał się mój normalny umysł. Jednak on przedstawiał to w taki fascynujący sposób. Na tym polegał jego geniusz. To mnie przyciągało i urzekało.
    Już nie żyje. Zastrzelony przez policję. Jego geniusz nie zaprowadził go daleko.
    Tak więc w pewien sposób jestem bardzo bliski postaciom z moich książek. Często podczas pisania przepuszczam przez filtr swoje własne doświadczenia. Na przykład w "Dziecku na niebie" narrator mówi o tym, jak - będąc chłopcem - odkrył trupa. Po prostu opowiedziałem to, co zdarzyło się naprawdę, troszeczkę jedynie przekręcając fakty. Zmieniłem je tylko odrobinkę, aby pasowały do przedstawianej historii. Bywa też odwrotnie. Często w prawdziwym życiu urządzam sobie zabawę "Co taki-to-a-taki robiłby tutaj?", mając na myśli stworzone przeze mnie postacie. Co zrobiłby Lennox ? A Thomas Abbey? Albo Walker Easterling?
    Bardzo często ja zrobiłbym to samo (niekiedy rzeczywiście to robię), lecz czasami postacie te mają więcej odwagi - albo mniej; więcej poczucia humoru - albo mniej. To zależy od sytuacji. Niedawno bardzo długo i bardzo głośno sprzeczałem się z pewnym Amerykaninem, który powiedział coś, czego nigdy nie zapomnę: "Wiedeń to miasto bezpieczne, wygodne i piękne, i w ogóle wspaniałe, ale to nie jest prawdziwe życie. Prawdziwe życie jest w Nowym Jorku czy w Los Angeles, gdzie wciąż masz do czynienia z niebezpieczeństwem, wyobraźnią, strachem i chciwością..."
    Odwróciłem się do niego i powiedziałem: "Stałeś się ofiarą dwudziestego wieku. Tamto nie jest prawdziwe. Prawdziwe jest to. To jest prawdziwe życie - takie, jakie powinno być. Moja żona może wyjść wieczorem i nikt jej nie napada. Czasami zapominam zamknąć samochód, ale nic nie ginie. Uważam, że takie życie powinno się prowadzić. Nie ze strachem i chciwością. A moja wyobraźnia radzi sobie tutaj całkiem nieźle".
    Dostaję bardzo dziwne listy. Jest ich dużo. Co bardziej interesujące przechowuję. Mniej więcej jedna trzecia mojej poczty jest całkowicie, absolutnie szalona.
    Kiedy wyszła książka "Kości Księżyca", dostałem list zaczynający się słowami: "Ty obleśny pierdzielu, ty świński męski szowinisto i skurwysynu..." Potem było jeszcze gorzej. Autorka oskarżała mnie o to, że jestem przeciwnikiem aborcji i strasznym potworem. Było to rzeczywiście... na poziomie domu wariatów i dość przerażające.
    Ostatnim razem publicznie czytałem swoje prace przed wieloma laty w "Shakespeare and Company" w Wiedniu, ale od tamtej pory tego nie robiłem, bo wtedy wdałem się w walkę na pięści. Przeczytałem z "Kości Księżyca" fragment o przerywaniu ciąży, a taki facet zaatakował mnie fizycznie wrzeszcząc coś o aborcji... To jest ciemna strona tego wszystkiego.


skanował: don vittorio

Serwis "Carpe Noctem" oficjalnie rozpoczął działalność 1 września 2003
© copyright by "Carpe Noctem" 2003
Wszystkie prawa zastrzeżone
webmaster: Przemysław Romański
stat4u