powrót do spisu opowiadań zagranicznych
Neil Gaiman
Goliat

Przełożyli: LarZ & amron


Przypuszczam, że od zawsze podejrzewałem, iż świat był tylko bezwartościowym i tandetnym fałszem. Złą przykrywką dla czegoś "głębszego", dziwniejszego i nieskończenie bardziej niesamowitego. I tak w pewien sposób przeczuwałem już prawdę. Sądzę jednak, że świat właśnie taki był. Nawet teraz, kiedy znam prawdę (i jeśli to czytasz, moja ukochana, ty również ją poznasz) świat ciągle wydaje się być bezwartościowy i tandetny. To już inny świat, inna tandeta, ale właśnie tak to odczuwam.

Mawiają: "Oto prawda", a ja się pytam: "Czy cała prawda?". Odpowiadają, że właściwie tak. W większości, tak. Przynajmniej tak nam się wydaje.

Był rok 1977 i jedyną rzeczą łączącą mnie z komputerami był duży, drogi kalkulator, który ostatnio zakupiłem. Zgubiłem instrukcję, która była do niego dołączona, więc nawet nie wiedziałem jak się nim dokładnie posługiwać. Musiałem dodawać, mnożyć, dzielić. Byłem wdzięczny losowi, że przynajmniej nie było potrzeby znajdywać sinusów, cosinusów i tangensów; rysować funkcji graficznych lub robić jeszcze innych rzeczy, które potrafił ten gadżet. Pracowałem wtedy jako księgowy w małym magazynie z dywanami w Północnym Londynie w Edgware niedaleko głównej stacji Północnego Metra, gdyż nie zostałem przyjęty do RAF- u . Siedziałem przy stole na tyłach magazynu, gdy nagle świat zaczął topnieć i rozpływać się.

Naprawdę. Ściany, sufit, dywany, najnowszy kalendarz z modelkami topless; wszystko wyglądało jakby było zrobione z wosku. Całość zaczęła się rozmazywać, rozbiegać, zlewać ze sobą i rozchlapywać. Mogłem dostrzec domy, niebo, chmury i drogę za nimi, a później wszystko ściekło i rozpłynęło się. Poza tym wszystkim była czerń.

Stałem w "kałuży świata". W dziwnym jasno- kolorowym "czymś", które było gęste i szlamowate, ale jednocześnie nie zakrywało czubków moich brązowych, skórzanych butów (mam stopy wielości pudełek po butach. Obuwie musi być robione na mój rozmiar. To mnie kosztuje fortunę). Kałuża rzucała dziwną poświatę ku górze.

Gdyby to była fikcja sądzę, że nie mógłbym uwierzyć, iż dzieje się to naprawdę. Zastanawiałbym się czy nie podano mi narkotyków lub czy też nie śnię. W rzeczywistości, do diabła, to naprawdę się stało, a ja wpatrywałem się w ciemność. Wtedy, gdy nic się nie wydarzyło, zacząłem iść rozpryskując wokół płynny świat, nawołując i wypatrując kogokolwiek.

Coś przede mną zamigotało.

"Cześć"- powiedział głos. Akcent był Amerykański, mimo że intonacja była dziwaczna

"Witaj"- odrzekłem.

Migotanie trwało jeszcze przez kilka chwil, a za moment przeistoczyło się w elegancko ubranego mężczyznę w okularach z rogowymi oprawkami.

" Jest z Ciebie całkiem duży facet"- powiedział- "Wiesz o tym?"

Oczywiście, że wiedziałem. Miałem 19 lat i ponad dwa metry wzrostu. Moje palce były wielkości bananów. Dzieci się mnie bały. Nie wydaje mi się, abym dożył czterdziestki. Ludzie tacy jak ja umierają młodo.

" Co się dzieje? Wiesz może?"

" Wroga rakieta zniszczyła centralną jednostkę dowodzącą"- odpowiedział- "Dwieście tysięcy ludzi wysadzonych w powietrze jak kupa mięsa. Oczywiście mamy obraz zastępczy i dzięki niemu sprawimy, aby to wszystko znów zaczęło działać. Ty tylko przypadkowo jesteś tutaj i dryfujesz sobie przez te kilka nanosekund, podczas gdy my uruchamiamy Londyn ponownie."

" Czy jesteś Bogiem?"- spytałem. Nic, co mi powiedział nie miało dla mnie sensu.

" Tak. Nie. Niezupełnie."- odpowiedział- " Przynajmniej nie tak jak to miałeś na myśli."

I wtedy świat zwariował, ja byłem znowu w swoim mieszkaniu wybierając się do pracy i nalewając sobie filiżankę herbaty. To było najdłuższe i najdziwniejsze poczucie "deja vu" jakiego kiedykolwiek doznałem. Dwadzieścia minut, podczas których wiedziałem co każdy ma zamiar powiedzieć lub zrobić. Później przeminęło. Czas ponownie płynął normalnie. Sekunda za sekundą tak, jak powinno być.

Mijały godziny, dni i lata.

Straciłem pracę w firmie dywanowej i zdobyłem nową posadę księgowego firmy sprzedającej urządzenia biurowe. Ożeniłem się też z dziewczyną o imieniu Sandra. Poznałem ją na pływali i doczekaliśmy się dwójki dzieci. Oboje były normalnych rozmiarów. Sądziłem, że moje małżeństwo jest w stanie przetrwać wszystko. Jednak nie było, dlatego ona odeszła i zabrała ze sobą dzieci. Miałem dwadzieścia kilka lat. Był rok 1986. Dostałem pracę przy Totenham Court Road jako sprzedawca komputerów. Okazało się, że byłem w tym dobry.

Lubiłem komputery.

Podobał mi się sposób w jaki działały. To był bardzo ekscytujący okres. Pamiętam naszą pierwszą dostawę komputerów Atari, takich z 40- megabajtowymi dyskami twardymi... Cóż, łatwo mnie było wtedy zadziwić.

Ciągle mieszkałem w Edgware i dojeżdżałem do pracy linią Północnego Metra. Pewnego wieczora wracając do domu siedziałem sobie w wagonie- właśnie minęliśmy Euston i połowa pasażerów wysiadła- i obserwowałem innych ludzi jadących ze mną w przedziale, zastanawiając się kim oni byli. Kim oni NAPRAWDĘ byli w swoim wnętrzu. Szczupła, czarna dziewczyna zapisująca coś skrzętnie w swoim notesie; niska, starsza pani, w zielonym aksamitnym kapeluszu na głowie; dziewczyna z psem; brodaty mężczyzna w turbanie...

I wtedy pociąg zatrzymał się wewnątrz tunelu...

W każdym razie tak sądziłem. Myślałem, że metro się zatrzymało. Wszystko odbyło się bardzo cicho.

I wtedy przejechaliśmy prze Euston i połowa pasażerów wysiadła.

I wtedy przejechaliśmy przez Euston i połowa pasażerów wysiadła. Przyglądałem się innym pasażerom zastanawiając się kim oni tak naprawdę są w swoim wnętrzu, gdy pociąg zatrzymał się w tunelu.

I wszystko odbyło się bardzo cicho.

I wszystko wirowało tak bardzo, że sądziłem iż zderzyliśmy się z innym pociągiem.

I wtedy przejechaliśmy przez Euston i połowa pasażerów wysiadła. I wtedy pociąg zatrzymał się w tunelu. I Wtedy wszystko odbyło się...

(Prawidłowe funkcjonowanie zostanie przywrócone tak szybko, jak to tylko możliwe- wyszeptał głos za moimi plecami).

I tym razem gdy pociąg zwalniał i zbliżał się do Euston zastanawiałem się czy przypadkiem nie oszalałem. Czułem się jakbym był szarpany raz w tył, raz do przodu. Wiedziałem, że to się dzieje, ale nie było nic, co mogłem zrobić, aby cokolwiek zmienić. Nie byłem w stanie zrobić nic, aby się z tego wyrwać.

Czarna dziewczyna, siedząca obok mnie, podała mi kartkę z notką: " CZY JESTEŚMY MARTWI"- było na niej napisane.

Wzruszyłem ramionami. Nie wiedziałem. To było równie dobre wyjaśnienie jak każde inne.

Wtedy wszystko stało się białe.

Nie miałem gruntu pod nogami, nic nie było nade mną. Nie istniało żadne wyczucie odległości i poczucie czasu. Byłem w białym miejscu. I nie byłem sam.

Mężczyzna nosił okulary w rogowych oprawkach i garnitur, który wyglądał na zaprojektowany przez Armaniego.

"To znowu ty"- powiedział- "Wielki facet. Przed chwilą z tobą rozmawiałem".

" Nie wydaje mi się"- odpowiedziałem.

" Pół godziny temu, gdy uderzyły w nas rakiety".

" Wtedy w fabryce dywanów? To było wiele lat temu".

" Jakieś 37 minut temu. Od tamtej pory działamy w trybie przyśpieszonym. Próbujemy wszystko połatać i zatuszować, dopóki nie znajdziemy potencjalnego rozwiązania".

" Kto wysłał rakiety?- spytałem- "ZSRR? Irańczycy?

" Obcy"- odrzekł.

" Żartujesz?"

" Nie. Wysyłaliśmy nasze sondy przez kilkaset lat. Wygląda na to, że jedna przyprowadziła coś za sobą. Dowiedzieliśmy się o tym, gdy pierwsze pociski uderzyły. Zajęło nam to dobre dwadzieścia minut, aby opracować i wprowadzić w życie plan odwetowy. To właśnie dlatego system jest przeciążony. Czy nie wydawało Ci się, że ostatnia dekada upłynęła dosyć szybko?"

" Tak. Chyba."

" To właśnie przez to, że przyśpieszyliśmy program, żeby spróbować podtrzymać zwykłą rzeczywistość".

" Co zamierzacie zrobić?"

" Chcemy przejść do kontrataku. Mamy zamiar ich zlikwidować. To może trochę potrwać, bo w tej chwili nie posiadamy odpowiedniej maszynerii. Musimy ją zbudować".

Biel zaczęła słabnąć. Stała się ciemnym różem i matową czerwienią. Otworzyłem oczy. Po raz pierwszy.

Świat wydawał się niesamowicie wyostrzony, pogmatwany, dziwny, mroczny i poza granicą pojmowania. To nie miało sensu. Nic nie miało sensu. To było prawdziwe i to był koszmar. Trwało to przez trzydzieści sekund, a każda lodowata sekunda wydawała mi się małą wiecznością.

I wtedy przejechaliśmy przez Euston i połowa pasażerów wysiadła.

Zacząłem rozmawiać z czarną dziewczyną z notesem. Miała na imię Susan. Kilka tygodni później wprowadziła się do mnie.

Czas mijał z hukiem. Wydaje mi się, że stałem się na to wyczulony. Może wiedziałem czego szukam. Wiedziałem, że było czego szukać, nawet jeśli nie domyślałem się, co to może być.

Popełniłem błąd mówiąc pewnej nocy Susan o tym w co wierzyłem- o tym, że nic z tego wszystkiego nie jest prawdziwe. O tym, że tak naprawdę to jesteśmy tylko zawieszeni, podłączeni przewodami do centralnych jednostek dowodzących. Że jesteśmy tylko chipami pamięci jakiegoś komputera wielkości świata. O tym, że karmiono nas halucynacjami, po to, abyśmy byli szczęśliwi. Pozwala nam się komunikować między sobą i śnić używając tych niewielkich części naszych mózgów, które nie są potrzebne do przetwarzania liczb i gromadzenia informacji.

" Jesteśmy pamięcią"- powiedziałem jej- " Oto czym jesteśmy. Pamięcią".

" Ty chyba naprawdę nie wierzysz w to wszystko?"- zapytała drżącym głosem- " To tylko bajeczki".

Kiedy się kochaliśmy, ona zawsze chciała, żebym był dla niej szorstki, ale ja nigdy się nie ośmieliłem. Nie znałem swojej własnej siły, a poza tym jestem strasznym niezdarą. Nie chciałem jej skrzywdzić. Nigdy nie chciałem jej zranić, więc przestałem dzielić się z nią moimi teoriami.

To się nie liczyło. Wyprowadziła się następnego tygodnia.

Brakowało mi jej.

Momenty "deja vu" pojawiały się wtedy coraz częściej. Każda chwila mogła się powtórzyć.

I wtedy obudziłem się rankiem i znowu był rok 1975, a ja miałem 16 lat. Po piekielnym dniu w szkole wyszedłem z jej gmachu i udałem się do biura rekrutacyjnego RAF- u, który znajdował się obok baru na Chapel Road.

" Wielki z Ciebie chłopak"- powiedział oficer zajmujący się rekrutacją. Sądziłem, że był Amerykaninem, ale jak sam twierdził, pochodził z Kanady. Nosił wielkie okulary w rogowych oprawkach.

" Tak"- odrzekłem.

" I chcesz latać?"

" Pragnę tego bardziej niż czegokolwiek innego"- odpowiedziałem. Ledwie pamiętałem, że istniał kiedyś świat w którym zapomniałem o moim marzeniu latania. Teraz wydawało się to dla mnie tak dziwne jak nie znać własnego imienia.

" Będziemy musieli nagiąć kilka przepisów"- rzekł człowiek w okularach z rogowymi oprawkami- " Jednak uda nam się wysłać cię wkrótce w przestworza". Jak mi obiecał tak zrobił.

Następne kilka lat przeminęło naprawdę szybko. Wydawało się jakbym spędził ten czas w samolotach różnego typu, gnieżdżąc się w malutkich kokpitach, siedząc w fotelach w których ledwie się mieściłem i przełączając przyciski zbyt małe dla moich palców.

Poznałem więcej tajnych projektów niż sam premier. Pewnego razu pozwolono mi pilotować latający spodek, a innym razem kierowałem samolotem, który poruszał się mimo braku widocznego źródła napędu.

Zacząłem spotykać się z dziewczyną imieniem Susan. Wkrótce pobraliśmy się, bo chcieliśmy się wprowadzić do małego, przytulnego domku w dzielnicy dla małżeństw niedaleko Dartmoor. Nigdy nie mieliśmy dzieci. Ostrzeżono mnie, że możliwe było, iż zostałem narażony na taką dawkę promieniowania, która wystarczy, aby "usmażyć" moje narządy rozrodcze. Rozsądnym wydawało się nie starać o dzieci. Zważając na okoliczności- nie chciałem spłodzić potwora.

Był rok 1985, kiedy mężczyzna w okularach z rogowymi oprawkami wszedł do mojego domu.

Tego tygodnia moja żona była akurat u swojej matki. Ostatnio panowało między nami lekkie napięcie i wyprowadziła się, aby dać sobie trochę czasu na "odreagowanie". Mówiła, że działam jej na nerwy. Jednak jeżeli działałem komukolwiek na nerwy, to tą osobą byłem ja sam. Wydaje mi się, że przez cały czas wiedziałem co się wydarzy. Nie tylko ja. Wyglądało na to, że każdy wokół wiedział co się wydarzy. Całkiem jakbyśmy lunatykowali, krocząc przez nasze życie po raz dziesiąty, dwudziesty czy też setny.

Chciałem powiedzieć o tym Sandrze, ale jakoś sam wiedziałem lepiej. Zdawałem sobie sprawę, że ją utracę, jeżeli otworzę usta. Mimo wszystko ciągle wydawało mi się, że ją tracę. Dlatego siedziałem na kanapie oglądając "Metro" na Kanale Czwartym, popijając herbatę z kubka i użalając się nad sobą.

Mężczyzna w okularach z rogowymi oprawkami wszedł do mojego domu jak do swojego własnego. Sprawdził godzinę.

" W porządku"- powiedział- " Czas już wyruszać. Będziesz pilotował coś podobnego do PL- 47."

Nawet ludzie znający wiele tajnych planów nie mogli wiedzieć o PL- 47. Ja latałem tą maszyną z tuzin razy. Był kształtu spodka, latał podobnie do maszyn z "Gwiezdnych Wojen".

" Czy nie powinienem zostawić Sandrze jakiejś wiadomości?"- spytałem.

" Nie"- odpowiedział szorstko- " Teraz usiądź, oddychaj głęboko i regularnie. Wdech, wydech, wdech, wydech".

Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby się z nim sprzeczać, albo się mu przeciwstawić. Usiadłem na podłodze i zacząłem oddychać. Powoli. Wdech, wydech i wdech i wydech i...

Wdech.

Wydech.

Wdech.

Szarpnięcie. Najgorszy bój jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Dusiłem się.

Wdech.

Wydech.

Krzyczałem, tak mi się wydawało, a wcale nie krzyczałem. Wszystko co mogłem z siebie wydobyć to jęk.

Wdech.

Wydech.

To było taj jak bym się rodził. Nie było przyjemne ani wygodne. To oddech przeprowadził mnie przez to wszystko, przez cały ten ból i ciemność i bulgotanie w płucach. Otworzyłem oczy.

Leżałem na metalowym dysku szerokości ośmiu stóp. Byłem nagi i mokry, otoczony przez rozciągające się kable. Cofały się, odsuwały ode mnie jak wystraszone robaki albo nerwowe węże o jaskrawych kolorach.

Byłem nagi. Patrzyłem na moje ciało. Żadnych włosów, żadnych zmarszczek. Zastanawiałem się ile mam lat, według ogólnie przyjętych zasad. Osiemnaście? Dwadzieścia? Nie byłem pewien.

Był tam szklany ekran, wbudowany w podłogę metalowego dysku. Zamigotał i ożył. Patrzyłem na mężczyznę w okularach w rogowych oprawkach.

"Pamiętasz?" spytał. "Powinieneś mieć już dostęp do większości z twojej pamięci."

"Tak myślę," odpowiedziałem.

"Dostaniesz PL-47" powiedział. "Właśnie skończyliśmy budowę. Wiele musiało wrócić do starych zasad, byli ochotnicy. Zmodyfikowaliśmy kilka fabryk żeby to zbudować. Następna porcja będzie gotowa jutro. W tej chwili mamy tylko ten jeden."

"Więc jeśli coś nie wypali, macie dla mnie zastępstwo."

"Jeśli przetrwamy tak długo." powiedział. "Kolejne bombardowanie zaczęło się jakieś piętnaście minut temu. Zniszczyło prawie całą Australię. Szacujemy, że to ciągle jest wstęp do prawdziwej zabawy."

"Co zrzucają? Broń nuklearna?"

"Kamienie."

"Kamienie?"

"Mhm. Kamienie. Asteroidy. Duże. Wydaje się, że jutro, jeśli się nie poddamy, mogą zrzucić na nas księżyc."

"Żartujesz."

"Chciałbym." Ekran zrobił się czarny.

Metalowy dysk podążał przez plątaninę kabli i świat śpiących, nagich ludzi. Prześlizgnął się nad ostrymi mikrochipowymi wieżyczkami i gładkimi, żarzącymi się silikonowymi iglicami.

PL-47 czekał na mnie na szczycie metalowej góry. Cieniutkie metalowe kraby krzątały się wokół niego, polerując i sprawdzając każdy nit, każdy najmniejszy element konstrukcji.

Wszedłem do środka na ciągle słabych, drżących nogach. Usiadłem na fotelu pilota, i z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że był zaprojektowany z myślą o mnie. Zapiąłem pasy. Moje dłonie zaczęły się rozgrzewać. Kable pełzały mi po rękach. Poczułem jak coś podłącza się do podstawy mojego kręgosłupa, coś innego do górnej części szyi.

Moje postrzeganie statku rozszerzyło się radykalnie. Miałem to w 360 stopniach, powyżej, poniżej, byłem w nim, byłem nim. A w tym samym czasie siedziałem w kabinie, wpisując kody startowe.

"Powodzenia," powiedział mężczyzna w okularach na malutkim ekranie.

"Dziękuję. Mogę zadać ostatnie pytanie?"

"Nie widzę przeszkód."

"Czemu ja?"

"No cóż," powiedział, "krótsza wersja brzmi, że zostałeś po prostu do tego stworzony. W twoim przypadku tylko trochę ulepszaliśmy podstawowy ludzki wzór. Jesteś większy. Jesteś o wiele szybszy. Masz większą prędkość przetwarzana danych i lepszy czas reakcji."

"Nie jestem szybszy. Jestem wielki i niezdarny."

"Nie w prawdziwym życiu," powiedział, "tylko w świecie, który ty znasz."

I wystartowałem.

Nigdy nie widziałem obcych, jeśli w ogóle byli jacyś obcy, ale widziałem ich statek. Wyglądał jak grzyby, albo wodorosty: cały był organiczny, ogromna migocząca rzecz, krążąca wokół księżyca. Wyglądał jak coś, co już kiedyś widziałaś, rosnące na gnijącej kłodzie, do połowy zanurzone w wodzie. Był wielkości Tasmanii.


zobacz ilustrację w pełnym wymiarze

Długie na dwieście mil, oślizłe rzeczy, wyglądające jak kosmyki włosów, wlekły za sobą asteroidy różnych rozmiarów. Przypominało mi to trochę ciągnące się kosmyki portugalskich żeglarzy, dziwnie złożone morskie stworzenia.

Zaczęli rzucać we mnie ogromnymi kamieniami jak tylko zbliżyłem się na kilkaset tysięcy mil.

Moje palce aktywowały pociski, celowały w latające jądro, podczas gdy ja zastanawiałem się, co tak właściwie robiłem. Nie ratowałem świata, to pewne. Ten świat był złudzeniem: sekwencją zer i jedynek. Ratowałem koszmar...

Ale jeśli koszmar ginie, umiera również cały sen.

Była kiedyś dziewczyna o imieniu Susan. Pamiętałem ją, z mojego dawno minionego życia. Zastanawiałem się czy ciągle żyła (czy minęło kilka godzin? kilka żyć?). Przypuszczałem że zwisała gdzieś przypięta do kabli, bez żadnych nieszczęśliwych wspomnień.

Byłem tak blisko że widziałem zmarszczki tych kamieni. Stawały się coraz mniejsze, i bardziej dokładne. Robiłem uniki, prześlizgiwałem się. Część mnie podziwiała właśnie ekonomię obcych: żadnych drogich pocisków, które trzeba zbudować lub kupić. Tylko stara dobra energia kinetyczna.

Jeśli któryś z kamieni uderzyłby w statek, zginąłbym na miejscu. Proste jak nic.

Jedyną drogą by ich uniknąć było prześcignąć je. Więc uciekałem.

Jądro się na mnie gapiło. To był jakiś rodzaj oka, byłem tego pewien.

Byłem setki jardów od jądra, kiedy odpaliłem ładunek. Potem uciekłem.

Nie byłem do końca poza zasięgiem kiedy do eksplodowało. Wyglądało jak sztuczne ognie, piękne w koszmarnym rozumieniu. A potem nie było nic prócz nikłego śladu błysku i kurzu...

"Zrobiłem to!" krzyczałem. "Zrobiłem to. Kurewsko dobrze to zrobiłem!"

Ekran zamigotał. Okulary w rogowych oprawkach patrzyły na mnie. Już nie było za nimi prawdziwego oblicza. Tylko luźne przybliżenie zmartwienia i zainteresowania. "Zrobiłeś to," zgodził się.

"A teraz, gdzie mam to odstawić?" spytałem.

Moment wahania, a potem, "Nie odstawisz. Nie konstruowaliśmy tego aby wróciło. To było opóźnienie w pracach, którego nie potrzebowaliśmy. Zbyt kosztowne, jeśli chodzi o zasoby."

"Więc co mam robić? Właśnie uratowałem Ziemię. I teraz mam się tu udusić?"

Przytaknął. "Tak to właśnie wygląda. Tak."

Światła zaczynały słabnąć. Jedna za drugą, kontrolki wysiadały. Straciłem całkowite postrzeganie statku. Byłem tam tylko ja, przywiązany do fotela pośrodku niczego, wewnątrz latającego spodka na herbatę.

"Ile czasu mi zostało?"

"Właśnie odcinamy wszystkie twoje systemy, ale masz przynajmniej kilka godzin. Nie mamy zamiaru zabierać pozostałego powietrza. To by było nieludzkie."

"Wiesz. W świecie, z którego pochodzę, dostałbym medal."

"Oczywiście, jesteśmy wdzięczni."

"A nie możecie wymyślić jakiegoś bardziej materialnego sposobu na wyrażenie wdzięczności?"

"Nie bardzo. Jesteś jednorazową częścią. Jednostką. Nie możemy cię opłakiwać bardziej niż gniazdo opłakuje śmierć jednej osy. Sprowadzenie cię z powrotem jest nierozsądne i prawie niewykonalne."

"I nie chcecie tej siły ognia na Ziemi, gdzie mogła by zostać użyta przeciwko wam?"

"Tak jak mówisz."

A potem ekran zrobił się czarny, nawet bez pożegnania. Proszę nie regulować odbiornika, pomyślałem. Rzeczywistość to usterka.

Stajesz się bardzo świadomy faktu, że oddychasz, jeśli zostało ci tylko kilka godzin powietrza. Wdech. Wstrzymać. Wydech. Wstrzymać. Wdech. Wstrzymać. Wydech. Wstrzymać...

Siedziałem tam przywiązany to mojego siedzenia w półmroku, i czekałem, i myślałem. Potem powiedziałem "Hej? Jest tam ktoś?"

Rytmiczne pulsowanie. Potem ekran zamigotał. "Tak?"

"Mam prośbę. Posłuchajcie. Wy - wy ludzie, maszyny, czymkolwiek jesteście - jesteście mi coś winni. Prawda? W końcu uratowałem wam życie."

"...Mów dalej."

"Mam jeszcze kilka godzin. Tak?"

"Około 57 minut."

"Możecie podłączyć mnie z powrotem do... rzeczywistego świata. Innego świata. Tego, z którego pochodzę?"

"Mhm? Nie wiem. Zobaczę." Znowu czarny obraz.

Siedziałem i oddychałem, wdech i wydech, wdech i wydech, i czekałem. Czułem się bardzo spokojny. Gdyby nie to że zostało mi mniej niż godzina życia, czułbym się wspaniale.

Ekran zaczął się żarzyć. Nie było obrazu, nie było wzorów, nie było nic. Tylko łagodny żar. I głos, częściowo w mojej głowie, częściowe z ekranu, powiedział, "Dobra."

Ostry ból u podstawy czaszki. Potem ciemność, przez kilka minut.

Potem to.

To było piętnaście lat temu: 1984. Wróciłem do komputerów. Prowadziłem własny magazyn komputerowy na Tottenham Court. A teraz, zbliżając się do milenium, piszę to. W międzyczasie poślubiłem Susan. Odszukanie jej zajęło mi kilka miesięcy. Mamy syna.

Mam prawie 40 lat. Ludzie tacy jak ja nie żyją więcej. Nasze serca wysiadają. Kiedy to przeczytasz, ja już nie będę żył. Dowiesz się o tym. Będziesz widzieć trumnę wielką jak dla dwóch osób, zrzuconą w dół.

Ale wiedz, Susan, najdroższa: moja prawdziwa trumna krąży wokół księżyca. Wygląda jak latający filiżanka herbaty. Oddali mi świat, i ciebie, z powrotem, na krótką chwilę. Ostatnio jak mówiłem ci, albo komuś jak ty, prawdę, albo tyle ile o niej wiedziałem, odeszłaś ode mnie. I może to nie byłaś ty, i nie byłem to ja, ale nie śmiem ryzykować ponownie. Więc spisuję to wszystko, i dostaniesz to z resztą moich papierów, kiedy odejdę. Żegnaj.

Mogą być bez serca, nieczuli, skomputeryzowani łajdacy, pasożyty umysłów, pijawki resztek człowieczeństwa. Ale nie mogę przestać być im wdzięczny.

Umrę wkrótce. Ale ostatnie dwadzieścia minut to najlepsze lata mojego życia.



wróć do strony głównej wydawnictwa.

Serwis "Carpe Noctem" oficjalnie rozpoczął działalność 1 września 2003
© copyright by "Carpe Noctem" 2003
Wszystkie prawa zastrzeżone
webmaster: Przemysław Romański
stat4u