Buick 8
"Chciałem mu powiedzieć, że nic nie wiem o powodach, tylko o łańcuchach - jak się tworzą, ogniwo po ogniwie, z niczego; jak wplatają się w świat. Czasami można taki łańcuch chwycić i wyciągnąć się z czarnej dziury. Ale na ogół się w nie wplątujesz. Tylko wplątujesz, jeśli masz szczęście. Albo się nimi dusisz, jeśli ci go brak."
"Jeszcze raz mój wzrok spoczął na Baraku B. Czy tu jest zimno? - spytał ojciec tego chłopca, dawno, dawno temu, w zupełnie innych czasach - Czy tu jest zimno, czy tylko mi się wydaje?"
"Znowu spojrzałem na Barak B, zastanawiając się nad tym czymś, co się w nim znajdowało. Nikt z nas nie wiedział co to. "
"Czasami, gdy źle się nam dzieje, otrzymujemy pomoc, na jaką nie liczyliśmy. Ale zdarza się, że i to jest za mało."
"(...) przybyli zobaczyć (...) osłonięty kształt czegoś, co wyglądało niemal jak ośmiocylindrowy buick. Był osłonięty dlatego, że zarzuciliśmy na niego brezent, jak całun na zwłoki. Od czasu do czasu brezent się zsuwał. Nie było ku temu powodów, ale się zsuwał. To wcale nie był trup."
"Dokladnie był to rocznik '54 (...). Mniej więcej. Bo kiedy się człowiek dobrze przyjżał, to wcale nie był rocznik '54. Ani buick. Ani w ogóle samochód. To było coś, jak mawialiśmy w czasach naszej zaprzepaszczonej młodości."
"Ciekawość zabiła kota, ale satysfakcja go wskrzesiła. Bardzo duża porcja, jak mawiał Curtis Wilcox. "
"- Najlepsze zostawiłem na koniec. Musiałem dotknąć paru rzeczy, ale miałem chusteczkę i wiem, gdzie dotykałem, więc mi nie urwij jaj.
Ennis nie odezwał się, ale spojrzał na chłopaka wzrokiem zapowiadającym, że jeśli trzeba mu będzie urwać jaja, to się urwie.
"
- Coś jeszcze?
- Wszystko. Popieprzone aż pod niebo.
"
"(...) czuł, że w jego głowie narastała fala przerażenia i napięcia. Po raz pierwszy Barak B obudził w nim takie uczucie - ale nie po raz ostatni. W ciągu dwudziestu paru lat, które upłynęły od tego dnia, wchodził do Baraku B dziesiątki razy, lecz nigdy bez tej wezbranej mrocznej fali, nigdy bez wizji niemal widzialnych strasznych zdarzeń, nigdy bez zjaw, widzianych kątem oka."
"To coś naprawdę było martwe, o czym obaj upewniali się coraz bardziej, w miarę jak się do niego zbliżali, ale wcale im nie ulżyło, bo żaden jeszcze nie widział nic podobnego. Ani w lasach zachodniej Pensylwanii, ani w zoo, ani w atlasie dzikich zwierząt. To było coś innego. Cholernie innego. Huddie przyłapał się na wspominaniu horrorów, ale takiego czegoś jak to skulone w kącie baraku nie widział nawet w telewizji.
Cholernie inne - ten zwrot ciągle do nich wracał. Oni do niego wracali. Wszystko w nim wrzeszczało, że nie jest stąd, to znaczy nie tylko z Pensylwanii, ale w ogóle z Ziemi.
"
"Skrzydła zasłaniały większą cześć jego ciała. Nie były złożone, lecz leżały w pomiętych fałdach, jakby to coś ostatnim wysiłkiem próbowało je złożyć - i nie zdołało - zanim umarło. Skrzydła były albo czarne, albo w kolorze bardzo ciemnej zgniłej zieleni, a okolice brzucha - kolor żółtawo biały jak zepsuty ser, jak zgniły kapuściany głąb albo brzuch rozkładającej się ryby. Trójkątna głowa przechylała się w bok. Kościsty twór, mogący być nosem albo dziobem, sterczał z twarzy bez oczu. Poniżej rozdziawiały się usta. Zwisał z nich żółtawy sznur tkanki, jakby stworzenie zwróciło przed śmiercią ostatni posiłek. Huddie spojrzał i zrozumiał, że przez jakiś czas nie będzie miął ochoty na makaron z sosem serowym.
(...) Kiedy rękojeść grabo dotknęła miejsca, w którym skrzydła istoty leżały na sobie, rozległ się odgłos podobny do szelestu papieru i rozszedł się brzydki zapach, jakby skisłej kapusty. Górna część twarzy stworzenia jakby się rozsunęła, ukazując martwe i szkliste oko(...)
"
"Na razie nie wiem niczego. Jeżeli któryś wpadnie na jakiś pomysł, niech się zgłosi do mnie. Jeśli wam się wyda, że ten pomysł to szaleństwo, niech się zgłosi jeszcze szybciej. Tu wszystko jest pokręcone. "
"Masz na to minutę Wilcox. Potem cię stamtąd wyciągnę, choćbyś po drodze srał, mdlał albo śpiewał hymn narodowy."
"(...) od tej strony, którą widzieli, miało nie jedno, lecz cztery skrzela w rzędzie, równoległe rozcięcie na skórze koloru oksydowanego srebra. Miało tez błoniasty i postrzępiony ogon. Wyskoczyło z bagażnika w ostatnim, konwulsyjnym, agonalnym dygocie. Dolna połowa jego ciała wyginała się i miotała; Sandy zrozumiał, że to ona mogła wydawać te łomoty. Tak, to było dość jasne, ale jak stworzenie tej wielkości mogło się wcisnąć do bagażnika - to już przekraczało ich zrozumienie. Istota, która upadła z mokrym klapnięciem na beton, była wielkości kanapy"
"Stworzenie leżało na podłodze; taka z niego była ryba, jak z wilka domowy pieszczoch, choć nawet trochę przypominała psa. W każdym razie ta ryba była rybą tylko po fioletowe rozcięcia skrzeli. Tam gdzie powinien znajdować się rybi łeb - a przynajmniej coś w uspokajający sposób kojarzącego się z głową z oczami i pyszczkiem - widniało splątane, nagie kłębowisko różowych tworów, zbyt cienkich i sztywnych na macki, za grubych na włosy. Każdy był zakończony czarnym gruzłem (...)"
"Bagażnik buicka znowu się otworzył. Za samochodem, w kącie baraku, stał chudy i pomarszczony żółty koszmar z głową, która nie była głową, tylko luźnym kłębem różowych sznurków, wijących się i kurczących. Pod nimi znajdowało się żółte pomarszczone ciało. Był bardzo wysoko, co najmniej dwa metry dwadzieścia. Parę różowych sznurków uderzyło w belkę pod sufitem. "
"A w tych falujących konwulsyjnie różowych tworach coś w żółtym ciele wciąż się otwierało i zamykało. Coś czarnego i okrągłego. Może usta. Może usiłowało krzyczeć. Nie umiem opisać, na czym stało. Tak jakby mózg nie potrafi zrozumieć tego, co widziały oczy. To nie były nogi, tego jestem pewien, i chyba mogły być tego trzy, nie dwa. Kończyły się czarnymi, zakrzywionymi szponami. Z tych szponów wyrastały kłębki kręconych włosów - tak myślę, że to były włosy, i chyba w tych kłębkach skakały jakieś robaki, małe jak pchły albo wszy. Z piersi tego stworzenia zwisała drgająca szara trąba pokryta lśniącymi czarnymi kręgami. Może to były pęcherze. A może, Boże ratuj, może to były jego oczy.
A przed stworzeniem stał nasz pies, który szczekał, warczał i toczył pianę z pyska. Zrobił taki ruch, jakby chciał się na nie rzucić, a wtedy stworzenie krzyknęło na niego przez tą czarną dziurę. Szara trąba zakołysała się jak bezkostna ręka albo żabia noga, kiedy się ją podrażni prądem. Trysnęły z niej jakieś krople, które upadły na podłogę. Od razu z betonu zaczęła unosić się para i zobaczyłem, że płyn wydziela w nim dziury.
"
"- Nie wiesz skąd się wziąłeś ani dokąd zmierzasz, no nie? Ale z tym żyjesz. Nie wściekasz się zbyt często z tego powodu. Nie poświęcasz więcej niż godzinę dziennie na wygrażanie pięściami niebu i przeklinanie Boga.
- Ale...
- Buicki są wszędzie - powiedziałem.
"
"Przeczekamy cię - powiedziałem do stworzenia w baraku. - Zobaczysz.
Stał tam na tych swoich białych oponach, a puls głęboko w mojej głowie szepnął: może.
A może nie.
"